Dwa wydarzenia.

Jakiś czas temu, Chuck Hagel, amerykański kongresman z Nebraski porównał zamach na World Trading Centre w Nowym Jorku 11 września 2001 do ataku na Pearl Harbor 7 grudnia 1941 roku. Miał oczywiście na myśli to, że obie te tragedie zasadniczo wpłynęły na zmianę oblicza świata, tak w sensie politycznym jak i militarnym. Natomiast nie jestem pewien, czy ten kongresman wiedział o jeszcze innej analogiczności tych dwóch wydarzeń. Myślę tu o tym, że tak jak w wypadku Pearl Harbor, kiedy administracja Stanów Zjednoczonych wiedziała o nadchodzącym ataku i świadomie zataiła tę wiedzę, tak samo ktoś najprawdopodobniej wiedział o przygotowywanym uderzeniu na Nowy Jork.

Żeby właściwie naświetlić oba te tragiczne wydarzenia, niech mi będzie wolno cofnąć się w czasie.

W 1941 roku prezydentem Ameryki był Franklin Delano Roosevelt, o którym wiadomo dziś, że bodajże jako pierwszy pozwolił przejąć w całości amerykańską administrację “siłom potężnym a zarazem całkowicie amoralnym”. Jako drobny przykład takiego stanu rzeczy warto przytoczyć epizod, który wydarzył się w 1939 roku. Otóż prowadzono wtedy w Waszyngtonie dochodzenie związane z pewną komunistyczną grupą, która nazwała się szumnie “Amerykański Kongres Młodzieżowy”. Śledztwo odbywało się w Kongresie, z paragrafu o anty-amerykańską działalność a komisji przewodził Martin Dies. Oczywiście “Kongres Młodzieżowy” głośno protestował przed budynkiem i w pewnym momencie jego aktywiści wdarli się na salę obrad wrzeszcząc, skacząc po stołach, plując na kongresmanów i rozrzucając komunistyczną bibułę. A wszystko to pod przewodnictwem nikogo innego jak Eleanor Roosevelt, żony ówczesnego prezydenta USA. Jakby mało było tego, że ci bolszewiccy agenci operowali pod jej egidą, to kilku z nich, najbardziej prominentnych, przez jakiś czas mieszkało w Białym Domu a na demonstrację pod Kongresem dowożeni byli przez prezydenckie limuzyny.

Nadszedł też czas, kiedy F. D. Roosevelt, czy też raczej jego otoczenie uznało, że w interesie Ameryki będzie włączenie się do II Wojny Światowej, zresztą wbrew oczywistym życzeniom narodu amerykańskiego, jako, iż przeprowadzane wtedy sondaże wyraźnie mówiły, że około 70% społeczeństwa nie życzy sobie mieszania się do europejskiej wojny. Z jednej strony świeże było jeszcze świadectwo straszliwej hekatomby I Wojny Światowej a z drugiej wszędzie jeszcze dawało się odczuć skutki Wielkiej Depresji, podczas której kilkunastu “wybrańców losu” dorobiło się niewiarygodnych fortun kosztem oszczędności milionów. Kłopot polegał na tym, że Niemcy hitlerowskie, czując pismo nosem, nie reagowały na liczne prowokacje, włączając w to zatapianie na Atlantyku ich statków handlowych. Przełom nastąpił dopiero po podpisaniu trójstronnego porozumienia pomiędzy Japonią, Niemcami oraz Włochami, które gwarantowało, między innymi, wspólną obronę na wypadek zaatakowania któregoś z tych państw. W takiej sytuacji, konflikt zbrojny pomiędzy Japonią a Ameryką automatycznie oznaczał wojnę z Niemcami.

Pierwszy runda wmanewrowania Japonii w wojnę polegała na nałożeniu na nią embarga na ropę naftową oraz stal. W rezultacie, cesarstwo “Wschodzącego Słońca” zostało popchnięte do wojny w Indochinach oraz Indonezji, żeby zabezpieczyć sobie źródła energii oraz surowce. Przerzucając wielkie siły marynarki wojennej z San Diego do Pearl Harbour na Hawajach, administracja Stanów Zjednoczonych doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że naraża je na ogromne niebezpieczeństwo. Japończycy bowiem, z militarnego punktu widzenia, nie mogli tolerować tak dużego zgrupowania amerykańskich okrętów wojennych na terenach Północnego Pacyfiku w sytuacji, kiedy losy ich kraju zależały w ogromnym stopniu od bezpieczeństwa linii transportowych z Półwyspu Indochińskiego.

Tak więc F. D. Roosevelt wraz z najbliższym otoczeniem wiedział nie tylko o nadchodzącego ataku ale także i o tym, gdzie rozegra się jego pierwsza runda.

Zaś co do terminu i reszty szczegółów, to zostały one dostarczone przez amerykańskie służby specjalne. I tak, 4 grudnia 1941 roku, pewien młody, amerykański radiotelegrafista marynarki wojennej o nazwisku Ralph Briggs, jak zwykle wcześnie rano zjawił się w ośrodku nasłuchu w Cheltenham, Maryland. Około 8 rano odebrał japoński komunikat z Tokyo o pogodzie, który nim wstrząsnął. Co prawda trzy wyrazy, lakonicznie powtarzane przez radiowego spikera, brzmiały tylko: “Wschodni wiatr, deszcz” ale Briggs wiedział, że oznacza to wojnę, w związku z czym, zgodnie z rozkazem, natychmiast przesłał ten komunikat do Waszyngtonu.

Prawda bowiem była taka, że amerykańskie służby specjalne złamały szyfr, którym posługiwała się Japońska dyplomacja, kilka miesięcy wcześniej. Dlatego, kiedy 19 listopada 1941 roku z Tokyo poszła w świat ,do wszystkich japońskich placówek, zaszyfrowana wiadomość, żeby nasłuchiwać na falach krótkich informacji o pogodzie i zarazem podając tłumaczenie kodu, prezydent i jego najbliżsi współpracownicy wiedzieli, czego się spodziewać. I tak, gdyby informacja o pogodzie brzmiała: “Północny wiatr, pochmurnie” – znaczyło to, że Japonia zaatakuje Rosję sowiecką. “Zachodni wiatr, czyste niebo” – znaczyło wojnę z Imperium brytyjskim. Natomiast “Wschodni wiatr, deszcz” – oznaczało, że Japonia zdecydowała się zaatakować Stany Zjednoczone.

Żeby być pewnym, że zaskoczenie amerykańskiej floty będzie pełne, Roosevelt i jego otoczenie nie tylko do końca utrzymywali ten fakt w tajemnicy ale w dodatku wprowadzali w błąd admiralicję marynarki wojennej co do lokalizacji japońskiej floty. Potrzebowali krwawej hekatomby (W Pearl Harbour zginęło ponad 3000 amerykańskich żołnierzy i cywilów) by społeczeństwo, oburzone i wstrząśnięte, zgodziło się na wysłanie swych synów na wojnę przeciwko Japonii.

Zaś co sceny europejskiej, to niewątpliwie była ona dla Roosevelta i jego otoczenia sprawą drugorzędną. Oczywiście, chodziło o zabezpieczenie interesów USA w Europie, w tym także, jak sądzę, zagwarantowanie zdobyczy sowieckich oraz odbudowanie potęgi Niemiec. Natomiast podstawowym celem sprowokowania Japonii do ataku było ustanowienie dominacji Ameryki w rejonie Pacyfiku.

*

Obserwując scenę polityczną, militarną czy wreszcie społeczną świata po ataku na World Trading Center 11 września ubiegłego roku, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tym razem albo scenarzyści sknocili robotę albo aktorzy nie stanęli na wysokości zadania. Co prawda mój niepoprawny koleś, znany cynik i prześmiewca, twierdzi, że ani jedno ani drugie; jego bowiem zdaniem scenarzyści światowych wydarzeń już dawno temu uznali nas, publikę, za kompletnych idiotów, dla których nie warto się nawet starać. Jako dowód swego rozumowania zwykle wskazuje na przeciętnego Stasia i Tereskę Pudło, którzy wiedzą tylko tyle, co im powiedzą w telewizorze a i to jest im coraz trudniej zrozumieć. Poza tym nie starcza im nawet wyobraźni żeby zrozumieć, że po nich, jeśli będzie potop, to w nim utopi się także i ich potomstwo. Ja mu na to, że żeby rosły drzewa potrzebna jest trawa czyli siano i tak nam czas wesoło mija.

Niemniej, wracając do tragedii w Nowym Yorku, to chyba pierwsze wątpliwości ogarnęły mnie wtedy, kiedy drapacze chmur WTC stały jeszcze w płomieniach a prezydent Bush już wiedział, że Ameryka stała się obiektem ataku terrorystycznego. Niedługo potem sieć telewizyjna CNN ogłosiła, że wie, na podstawie “nowych i szczególnych informacji”, iż za atakiem krył się najprawdopodobniej Osama bin-Laden. Potem się okazało, że te “nowe i szczegółowe” informacje pochodzą z przeszukania samochodu, który terroryści rzekomo zostawili na lotnisku w Bostonie a który był pełen kompromitujących materiałów, jednoznacznie wskazujących na Arabów, jako sprawców tragedii. Już o tym kiedyś pisałem, że niby tacy profesjonaliści, wyprowadzili w pole FBI razem z CIA plus dziesiątki innych służb, zawodowo zajmujących się bezpieczeństwem kraju a potem jak gówniarze “zapomnieli” zniszczyć najbardziej demaskujące dowody winy? Gdyby jeszcze któreś z ugrupowań arabskich przyznało się do winy, to jeszcze rozumiem. Ale, jak wszyscy wiedzą, atak na Nowy York został jednoznacznie potępiony przez muzułmańskich przywódców religijnych. I to nie dlatego, żeby darzyli stolicę USA gorącym uwielbieniem, obawiam się, że raczej jest wprost odwrotnie, tylko dlatego, że zginęli tam cywile. Koran bowiem, podobnie jak Biblia, zabrania rozlewania krwi niewinnych ludzi.

Poza tym na światło dzienne zaczęły wypływać najbardziej absurdalne informacje, obrażające poczucie zdrowego rozsądku każdego normalnego człowieka. Między innymi znaleźli się świadkowie, którzy widzieli porywaczy w nocnym klubie w przeddzień tragedii. Mówili na tyle głośno, że nawet w typowym hałasie dyskoteki można było się zorientować, że to Arabowie. Oprócz tego barman ich zapamiętał, bo zamawiali alkohol i dopytywali się o lokalne prostytutki. Doprawdy, głęboko religijni muzułmanie, bowiem nazajutrz mieli umrzeć w imieniu Allacha, w nocnym klubie, pijący alkohol, szukający wrażeń seksualnych tuż przed śmiercią? !

A czy wiecie państwo, że w resztkach samolotu, który roztrzaskał się o północną wieżę WTC, znaleziono dokumenty, wyraźnie obciążające winą za zbrodnię Osama bin-Ladena? Natomiast “czarna skrzynka”, zaprojektowana na przetrwanie ekstremalnych wręcz warunków, nie wytrzymała uderzenia i nigdy nie będziemy wiedzieli, co, tak naprawdę, działo się w ostatnich chwilach przed katastrofą.

Wiadomo też, że aby przeprowadzić taka operację jak atak na WTC musi być faza przygotowawcza, w której bierze udział wiele osób. Potrzebny jest też czas, być może całe lata. Jak to więc możliwe, że amerykańskie służby specjalne, w tym FBI i CIA, których roczny budżet przekracza 400 miliardów dolarów (!) nic o tym spisku nie wiedziały? A nawet jeśli okazało się, że są tam zatrudniani tylko smarkacze i specjaliści a la James Bond, to dlaczego, zamiast poważnie zreorganizować cały system, podwaja się im roczny fundusz?

Wiele osób zastanawia się do dziś dlaczego południowa wieża WTC zawaliła się pierwsza, choć nie ucierpiała tak bardzo jak północna? Dlaczego w oficjalnych “przekaziorach” nigdy nie wspomniano relacji świadków, którzy słyszeli serię wybuchów wewnątrz budynku a który zawalił się w sposób łudząco podobny do tych demolowanych wewnętrznymi eksplozjami.

Dyrektor FBI, Robert Mueller przyznał na początku dochodzenia, że nazwiska terrorystów, znane z listy pasażerów, nie muszą być prawdziwe, co zresztą bardzo szybko się potwierdziło, bowiem co najmniej osiem osób pochodzenia arabskiego a rzekomo zamieszanych w porwanie samolotów, ma się dobrze i zgłosiło kradzież paszportów w swoich krajach. Zatem dlaczego światowe media, powołując się na listę pasażerów, głosiły wszem i wobec, że terrorystami byli Arabowie?

Jak to możliwe, że do dzisiaj nie ma najmniejszych dowodów na to, kto był sprawcą tragedii ale zdążono już zbombardować w puch i pierze Afganistan? Stało się tak pomimo tego, że oficjalna wersja wydarzeń głosi, iż sprawcami zamachu byli Arabowie z okolic Bliskiego Wschodu, jakby nie było, znacznie oddalonego od Afganistanu.

W Ameryce zatrzymano do tej pory ponad tysiąc osób w śledztwie o zamach na WTC, przesłuchano dziesiątki tysięcy i w rezultacie nie osiągnięto nawet najbardziej skromnych rezultatów. A jest to przecież największe w historii Ameryki dochodzenie kryminalne a przynajmniej takim powinno być.

Pytań takich jest jeszcze wiele, zbyt dużo by je zmieścić w jednym felietonie.

Natomiast co wiadomo to to, że już w połowie lipca 2001, (a więc na prawie dwa miesiące przed atakiem na WTC) Sekretarz Stanu do Spraw Zagranicznych Pakistanu, Niaz Naik został powiadomiony przez agencje Stanów Zjednoczonych o przygotowywanym uderzeniu na Afganistan. Według Naika informowano go, że atak miał nastąpić gdzieś w połowie października.

Wiadomo też, że w USA od lat trwały prace nad programem komputerowym, pozwalającym na zdalne sterowanie największych nawet samolotów. Chodziło o to, żeby w wypadku porwania samolotu bezpiecznie go sprowadzić na ziemię, niezależnie od woli pilotów. Nie jest tajemnicą, że takie lądowanie przetestowano w praktyce na maszynie niemalże identycznej z Boeingiem 737 w Edwards Air Force Base oraz w Edinburgh Air Force w Południowej Australii i że system zadziałał. Świetny pomysł bo nawet mordowanie załogi czy pasażerów przez porywaczy nie ma sensu, jako, że nie mają oni najmniejszego wpływu na to, gdzie i jak samolot wyląduje. Tyle tylko, że kiedy takie oprogramowanie samolotowych komputerów dostanie się w ręce znacznie większych terrorystów to wtedy zamiast chronić ludzkie życie będzie działał wręcz odwrotnie.

Wiadomo też, że na kilka tygodni przed zniszczeniem WTC, na światowym rynku giełdowym odnotowano niezwykle gorączkową sprzedaż akcji linii lotniczych, towarzystw ubezpieczeniowych oraz firm ulokowanych w wieżach WTC (np. poniżej wartości nominalnej sprzedawano akcje syndykatu Morgan Stanley, który okupował 22 pietra jednego z drapaczy chmur WTC). Londyński Times podał do wiadomości, że CIA zwróciła się do kontrolerów Zarządu Usług Finansowych (Financial Services Authority) Wielkiej Brytanii o sprawdzenie kto i w jakich ilościach sprzedawał akcje. Sprawa “przyschła” wyjątkowo szybko bo potem już nikt w oficjalnych przekaziorach takich pytań nie zadawał. Wygląda na to, że albo ścieżka okazała się prowadzić do prawdziwych zbrodniarzy albo po prostu nie mieć nic wspólnego z Osama bin-Ladenem. A bardzo możliwe, że jedno i drugie.

Wiadomo, że kiedy jeszcze nie opadł kurz po zawalonych dwóch drapaczach chmur, Kongres Stanów Zjednoczonych w trybie nagłym zaaprobował 40 miliardów na wydatki związane z wojną z terroryzmem. Rzecz w tym, że nie sprecyzowano na co dokładnie ma być wydana tak duża suma pieniędzy, ograniczając się do określenia: “na konieczne wydatki”. Poza tym są to pieniądze ukradzione najbiedniejszym ludziom Stanów Zjednoczonych bowiem w całości pochodzą z budżetu dla bezrobotnych. Jednocześnie Kongres zaaprobował sumę 15 miliardów jako darowiznę dla linii lotniczych, które na długo przed 11 września znajdowały się już w finansowych tarapatach.

Wiadomo, że Stany Zjednoczone Północnej Ameryki są praktycznie bankrutem już od co najmniej dwóch lat a może nawet i dłużej i są utrzymywane przy ekonomicznym życiu metodą sztucznych płuc, sztucznego serca, wątroby, nerek itd. Jakakolwiek wojna nie tylko odwraca uwagę społeczeństwa Ameryki od kłopotów w domu ale także daje szansę na kolejne, krociowe zyski “wybrańcom losu” kosztem wielu milionów szarych obywateli.

Wiadomo, że w związku z wydarzeniami z września administracja USA oraz Australii zaaprobowała szereg uchwał, ograniczających wolność osobistą obywateli a co może mieć kluczowe znaczenie przy wprowadzaniu globalizacji czyli “kołcholizacji” świata. Niemniej nasze przekaziory wolą raczej zajmować się dętą sprawą arcybiskupa Petera Hollingwortha co pozwala jednym kamieniem zabić dwa gołębie. Odwraca uwagę od autentycznych problemów a zarazem atakuje resztki bastionów normalności w naszym kraju. Poza tym trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że ta cała afera z arcybiskupem P. Hollingworthem to typowa “hucpa” czyli “pic na wodę, fotomontaż”, jakby powiedział szwagier Piekutoszczak z Targówka ale o tym to może już przy innej okazji.

Wiadomo też, że Żydzi są szczególnie silnie reprezentowani w bankowości, światowych finansach, w firmach inwestycyjnych, giełdach itd. jednym słowem wszędzie tam, gdzie obraca się pieniędzmi. W każdym bądź jest ich tam znacznie więcej niż, powiedzmy, na roli. Wiadomo też, że Nowy York jest światowym centrum takich firm a większość skupiała się jak w soczewce właśnie w WTC. Nic dziwnego więc, że w dzień po zamachu (12 września ubiegłego roku) Jerusalem Post poinformował Izrael, że około 4000 Żydów uważa się za zaginionych w ataku na wieżowce. Zaś kilka godzin później prezydent Bush na konferencji prasowej poinformował zebranych, że tylko 130 obywateli izraelskich zginęło w zamachu na Nowy York. Natomiast po kilku dniach w New York Times ukazała się notatka, prostująca pomyłkę prezydenta. Okazało się bowiem, że tylko jeden Żyd zginął w gruzach WTC i była to osoba wizytująca a nie pracująca w budynkach. Całą tę sprawę odgrzebał niezależny żurnalista Ed Toner z Nowego Yorku , który w związku z tym dorobił się już łatki antysemity. Niemniej, dziennik izraelski Ha’aretz potwierdził jego przypuszczenia, iż obywatele Izraela, pracujący w WTC zostali ostrzeżeni o ataku i że tą sprawą interesuje się już FBI. A ja, nie widzieć czemu, mam takie dziwne przeczucie, że z tego dochodzenia to nic się jednak nie wykluje.

A zatem kto i dlaczego dokonał tej wielkiej zbrodni na narodzie amerykańskim? W świetle ostatnich wydarzeń, moim zdaniem ci, co chcą popchnąć świat do III Wojny Światowej. Być może ona już się zaczęła, tylko do nas jeszcze nie dotarła. Niestety, nie mogą tego samego powiedzieć ludzie w Afganistanie i Palestynie. Poza tym ta wojna, zła wojna, różni się tym od poprzednich, że dziś nie ma Tokio czy Berlina do zdobycia. Innymi słowy nie ma konkretnego celu, po którego osiągnięciu moglibyśmy powiedzieć: zwycięstwo. Dlatego może trwać tak długo, jak to spodoba się administracji amerykańskiej, która przecież już od dawna przestała reprezentować interesy Stanów Zjednoczonych. Natomiast ofiarami tej wojny będziemy my, zwykli ludzie, niezależnie od tego czy mieszkający w Australii, Afganistanie, USA, Palestynie, Anglii, Iraku itd.

Niedawno rozmawiałem z przeuroczą Panią Urszulą z redakcji Tygodnika Polskiego. Pytała mnie czy to możliwe, żeby jakaś grupa ludzi mogła zgotować swym braciom taka straszną dolę, tyle nieszczęść, planować masowe morderstwa na taką skalę. Nie, Pani Ulo, niemożliwe. Ludzie nie - ale miot szatański - tak.

Zbyszek Koreywo

Wróć do spisu treści