Smutny felieton o chlubnych czasach.
“11 Listopada, od 1918 roku, jest dla Polaków i Polonusów dniem szczególnym, jako, że jest to okazja by nachylić się ze wzruszeniem i zadumą nad owymi dniami pełnymi wielkości i zdrady. Wielkiego bogactwa i nędzy, śnieżnej kurzawy i płomieni, trwogi bezdennej i wreszcie bezbrzeżnego bohaterstwa.”
Tymi słowami w listopadzie 1996 roku w Perth zacząłem swoje okolicznościowe przemówienie na akademii związanej ze świętem niepodległości. I choć przeszło ono wtedy bez echa to coś mnie ostatnio tknęło, żeby je wygrzebać z pożółkłych papierzysk i przeczytać jeszcze raz.
Tak więc pisałem wtedy, że Ci, co poszli walczyć o wolną Polskę, rozpoczęli śmiertelny bój nie tylko z zaborcami ale i z umysłowym zniewoleniem rodaków. Była to więc walka ze sto trzydziestoma latami niewoli ale także i z moralnym rozkładem, poprzedzającym Pierwszy Rozbiór Najjaśniejszej. Bój szedł nie tylko o granice kraju ale i o jego charakter, nie tylko o formę ale głównie o treść narodową. I wojna ta zakończyła się wielkim sukcesem. Razem ze wspaniałym, do granic szaleństwa posuniętym bohaterstwem na polu bitwy z bolszewicka nawałą, przezwyciężono także moralną zapaść, zgodę na kajdany za miskę zupy. Przywrócono podstawowe dla każdej zdrowej państwowości pojęcia patriotyzmu, wiary i szacunku dla barw narodowych. A kiedy okazało się, że ta bitwa o polska duszę została wygrana, to w pole przeciwko odwiecznemu wrogowi Polski ruszyli młodzi i starzy, prości robotnicy, chłopi ale także i inteligencja, z Polski ale także i z emigracji. Niemałą rolę odegrały polskie kobiety, opiekując się rannymi, szyjąc i łatając mundury, dostarczając wojsku żywności i pracując w fabrykach w miejscach, skąd mężczyźni poszli na wojnę. Naród polski, pomimo ponad stu lat podziałów, zwarł szeregi w jeden organizm, zdolny stawić czoła wielkiej wschodniej groźbie. Nie tylko stawić czoła ale w decydującym starciu rozbić w proch i pył komunistyczną hydrę. Stało się tak, bowiem Polacy otrząsnęli się z wieloletniego marazmu, zrzucili kajdany i wyprostowali karki. Mało tego, dzięki niewiarygodnemu wręcz wysiłkowi, rozbili niedawnego zaborcę na polu bitwy. Trzeba jeszcze raz przypomnieć, że była to jedna z najistotniejszych bitew w historii świata. Europa dziś by wyglądała zupełnie inaczej, gdyby nie bohaterstwo polskiego żołnierza połączonego z geniuszem strategicznym gen. Tadeusza Rozwadowskiego.
Dziś okazuje się, że Polska znowu stoi w obliczu moralnej zapaści, że trzeba znowu toczyć walkę o polską duszę. Jeszcze raz okazuje się, jak trudno jest przezwyciężyć lata moralnej zgnilizny, niszczenia patriotyzmu i zaniku demokratycznych nawyków. I że tak trudno przywrócić wiarę w biało-czerwony sztandar z orłem w koronie oraz w to, że są rzeczy znacznie ważniejsze niż osobisty zysk.
A przecież na polu walki nie maja Polacy równych sobie w całej Europie. I to pomimo tego, że w czasie II Wojny Światowej obaj najeźdźcy, w zdumiewająco podobnym stylu, mordowali przede wszystkim narodową elitę; ludzi wykształconych, przywódców politycznych, nauczycieli, oficerów, prawników itd. Przypomina mi się tu wypowiedź Artura Sandauera, krytyka literackiego i pisarza, który kiedyś cynicznie stwierdził, że oni, Żydzi, stracili w czasie wojny miliony zwykłych ludzi ale inteligencja w zasadzie pozostała nie naruszona. Natomiast z Polakami było akurat na odwrót.
Trzeba też stale pamiętać, że po wojnie, obok mordowania najlepszych synów Polski w piwnicach Urzędu Bezpieczeństwa, uruchomiono wielka machinę demoralizacji i fałszu. I nawet wtedy naród polski nie zaprzestał cichej wojny o swą duszę. Nigdy nie przerwali walki o swą ziemię chłopi, dzięki czemu tylko Polska była jedynym krajem na wschód od Niemiec, gdzie do końca istniała własność prywatna. W miastach robotnicy buntowali się przeciwko uciskowi choć wiedzieli, że prędzej czy później przyjdzie im patrzeć prosto w lufy pistoletów maszynowych. Pomimo to na każdej ulicy i w każdej wsi toczyły się pod ziemią źródła oporu przeciwko okupantowi, przyniesionego do domu na sowieckich bagnetach. Czy ta walka o polską duszę zakończyła się zwycięsko, podobnie jak tamta z lat dwudziestych? – zastanawiają się czasami Ci, którym bożek mamony nie odebrał rozumu.
Moim zdaniem, samo pytanie jest źle sformułowane. Rzecz w tym, że walka wciąż jeszcze trwa, że jeszcze daleka droga pełna przeszkód i niebezpieczeństw, zanim będziemy znali odpowiedź na to pytanie. Ja osobiście sądzę, że istnieje tylko taka alternatywa: wygra wolność i sprawiedliwość albo nasza cywilizacja przejdzie do historii, podobnie jak stało się to z tą grecką a potem z rzymską. Rzecz tylko w tym, że jeżeli przegramy, to nasze wnuki i prawnuki, a więc część nas samych z genetycznego punktu widzenia, będą żyły w potwornym świecie. Takim, gdzie rację ma silniejszy niezależnie od logiki. Gdzie nie będzie sprawiedliwości i sztuk pięknych tylko brutalna siła połączona z chamstwem i bezwzględnością.
Jeżeli tak się stanie, to ofiara krwi i ogromnego wysiłku ostatniego stulecia zostanie zaprzepaszczona.
Słyszę, że ostatnio Polacy jakby “wyleczyli się” w starym kraju z patriotyzmu. Że teraz, kiedy mogą świętować wolny kraj, jakoś brakuje ludzi na tego rodzaju imprezy. Większość woli zostać w domu albo krzątać się dookoła własnych spraw. Wyraźnie widoczny jest brak entuzjazmu w wolnym niby kraju a przeważa wręcz niechęć do oficjalnych akademii niepodległościowych. Z drugiej strony sukcesy skoczka narciarskiego Adama Małysza czy też piłkarskiej reprezentacji kraju, fetowane w każdym niemal domu, przeradzają się w prawdziwe festiwale patriotyzmu. A zatem o co tu chodzi?
Odpowiedź jest doprawdy prosta i w tej chwili nie budząca najmniejszych wątpliwości. Polska nie jest jeszcze krajem wolnym i mam nadzieję, że niewiele osób wierzy jeszcze w tę całą błazenadę z “Okrągłym Stołem”.
Swojego czasu, gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych, w jednym z radiowych komentarzy, zastanawiałem się, dlaczego ludzie w Polsce nie fetowali odzyskania niepodległości w 1989 roku. Dlaczego nie tańczono na ulicach a ludzie nie padali sobie nawzajem w ramiona. Podnosiłem też wtedy kwestię zbiorowej mądrości narodu polskiego, jako, że cieszyć się nie było z czego. Natomiast tu u nas, w Perth, podejmowano uroczyście konsula generalnego, absolwenta moskiewskiej uczelni, który zdążył już reprezentować komunistów w Kanadzie. Wtedy okazało się, że prości ludzie w Polsce mają więcej zdrowego rozsądku niż nasi notable tu, w Australii. No, być może rozdawanie medali przez byłego komunistę grało tu jakąś rolę. Szczególnie tych, podpisanych przez prezydenta Kwaśniewskiego, co to od jakiegoś czasu ponoć mawia, że “wykształcenie nie piwo, nie musi być pełne”. Jeszcze inną charakterystyczną cechą naszego prezydenta jest to, że jego tatuś nazywał się Zdzisław Stolzman i był wysokim urzędnikiem aparatu bezpieczeństwa po wojnie.
Mam też wrażenie, że ta zbiorowa mądrość narodu polskiego istnieje w dalszym ciągu. Ludziska na ogół nie pchają się na uroczyste obchody niepodległości, kiedy miejsca na trybunach są zajęte przez politycznych i moralnych spadkobierców komuny, tego najstraszliwszego ze strasznych systemów. Jak tu bowiem cieszyć się z odzyskanej kiedyś wolności, kiedy w rządzie aż się roi od pospolitych zdrajców, złodziei, politycznych i gospodarczych malwersantów, hochsztaplerów i farmazonów wszelkiego rodzaju. Z czego tu się cieszyć, kiedy sąd w całej powadze uniewinnia morderców ze specjalnych jednostek, nie mówiąc już o tych, co wydawali rozkazy mordu. Jak można się radować kiedy Polska wyprzedawana jest zagranicy, poziom bezrobocia niebotyczny a na tle ogólnej nędzy mienią się wszystkimi barwami tęczy niewiarygodne fortuny wybrańców losu. Takich wybrańców, którzy wiedzieli z kim i do jakiej windy wsiąść, żeby potem dostać w prezencie bajońskie bogactwa, wyrwane wcześniej zwykłym ludziom.
Z drugiej strony 20 – 30% społeczeństwa chce, by rząd sformowali byli komunistyczni kryminaliści. I to jest ta zasadnicza różnica, pomiędzy narodem polskim z 1918 roku i teraźniejszym. Chociaż, jak sądzę, też nie jest to pełna prawda. Zasadnicza różnica polega na tym, że wtedy Polsce oszczędzono takich ludzi jak Adam Michnik – Szechter i jego organ (prasowy) plus całą tę Politycznie Poprawną sforę, ujadającą na najmniejszy znak patriotyzmu.
Dlatego nie ma jeszcze powodów do radości ale, jak sądzę, być może nie jest daleki czas, kiedy ludzie w całej Polsce podadzą sobie ręce na znak, że “Imperium Zła” w końcu zginęło i od tej pory będzie tylko sprawiedliwość i dobro. Rozkwitną znowu sztuki piękne, nieznajomi ludzie będą się do siebie na ulicy uśmiechać a dzieci będzie się straszyć “siłami potężnymi a zarazem totalnie amoralnymi”, ale tylko wtedy, kiedy naprawdę coś przeskrobią i będą zasługiwać na tak surową karę.
Zbyszek Koreywo
Wróć do spisu treści