W sprawie kłamstwa.
Pan Z. Sudułł z Australii był uprzejmy dać odpór dr Ratajczakowi (nr 38 z dnia 21. 09. 03) po tym, gdy ten ostatni napisał artykuł „Kłamstwo aborygeńskie (I nie tylko)”. Zanim jednak przejdę do meritum sprawy, pozwolę wyrazić sobie zdumienie, jakie mnie ogarnęło, kiedy dowiedziałem się, że P. Sudułł czytywał moje felietony. Ba, zauważył nawet moje odejście z „Tygodnika Polskiego” choć, jak informuje rodaków nad Wisłą, „pisałem takie niedorzeczności, że samo czytanie przyprawiało o uczucie wstydu”. Ano, pogratulować wytrzymałości, ja osobiście bzdur nie czytam, po prostu szkoda czasu. Z drugiej strony gdybym wiedział, że Pan Sudułł czytuje moje teksty, to pewnie starałbym się pisać je trochę bardziej przystępnie. No, ale teraz to jest już po herbacie ...
Natomiast wracając do listu P. Sudułła w sprawie kłamstwa, to jako żywo, przypomniał mi on dwa incydenty sprzed kilku lat. Otóż napisałem kiedyś rzecz o generale A. Pinochecie, którego cenię sobie nad wyraz za to, że wraz z innymi patriotami zatrzymał w Chile komunistyczną zarazę. W odpowiedzi, jak pamiętam, niejaki P. Weiss zarzucił mi pisanie „niedorzeczności”, których samo czytanie zapewne przyprawia o uczucie wstydu a jako dowód takiego stanu rzeczy pomieścił obszerny opis chilijskiego krajobrazu. Tak, krajobrazu, bowiem p. Weiss namalował zgrabny nawet chilijski landszaft ale ani słowa na temat roli KGB w Chile, kubańskich spadochroniarzach, stacjonujących w prezydenckim pałacu, nacjonalizacji, a więc kradzieży prywatnej własności, centralizowaniu gospodarki, kartkach na żywność itd. czyli tzw. atrybutach wojującego socjalizmu. Podobnie P. Sudułł – w odpowiedzi na wzmiankę o „zamachu stanu” w Tygodniku Polskim, przytacza obszerne sprawozdanie z jego działalności na przestrzeni 54 lat. Pewnie, że było to pismo niesłychanie przydatne naszej polonijnej społeczności w Australii i właśnie dlatego taka szkoda, że już go nie ma, jako, że teraz ostała się tylko ta sama winieta plus przepisy kulinarne.
Zaś drugi incydent dotyczy rzekomego „rasizmu” dr D. Ratajczaka, bowiem przypomniał on znaną wszystkim w Australii prawdę o naszych Aborygenach, a dokładniej mówiąc o ich rozwoju cywilizacyjnym, który z jakiegoś powodu nigdy nie opuścił epoki kamienia łupanego. Tak więc działo się to w połowie lat osiemdziesiątych, w kilka tygodni po moim przybyciu na Antypody, kiedy to próbowałem na gwałt uczyć się języka angielskiego, bowiem w tej dziedzinie byłem tzw. kompletna noga. Rząd oferował wtedy odpowiednie kursy a w ich ramach, zaraz na początku, zawieziono nas do muzeum aborygeńskiego, obyśmy zdali sobie sprawę, że przed białym człowiekiem, kwitło tu bogate życie prawdziwych autochtonów. Pamiętam, chodziłem po kilku salach, gdzie pod szkłem leżały jakieś kamienie, drągi i tym podobne przedmioty domowego użytku i ze zdumieniem skonstatowałem, że Aborygeni australijscy, na przestrzeni 40 000 lat, nie wymyślili nawet łuku. Nieopatrznie podzieliłem się tym spostrzeżeniem z naszą przewodniczką, która w odpowiedzi popatrzyła na mnie z obrzydzeniem i, z tego co zrozumiałem, oświadczyła, iż słyszała wcześniej, że wszyscy Polacy to rasiści.
Podobnie rzecz się ma z p. Z. Sudułłem – reaguje niczym ten stary koń ułański, co to na dźwięk trąbki sam się zrywa do boju, w tym wypadku w obronie Politycznej Poprawności a przeciwko rasizmowi. Swoją drogą tego typu działania są charakterystyczne dla wszystkich epok totalitarnych i co ciekawe, zawsze znajdą się ludzie, którzy nie potrzebują nawet ostróg i pejcza by bez wahania rzucać się prawdzie do gardła. W Polsce takim przykładem jest z całą pewnością gwardia A. Michnika, primo voto Szechter (psiakrew, znowu ta trąbka, ani chybi p. Sudułł runie do szarży i dowiem się, że nie tylko rasizm ale i antysemityzm wyssałem z mlekiem matki) Natomiast prawda jest taka, że nasi Aborygeni w ciągu 40 000 lat nie tylko łuku nie wymyślili ale nawet naczyń do transportu wody, co w tym klimacie często oznaczało śmierć z pragnienia dla tych wiecznie wędrujących nomadów.
Natomiast wracając do sprawy Tygodnika Polskiego, wielce zasłużonego pisma dla naszej polonijnej, i nie tylko, społeczności to oczywistym jest, że go diabli wzięli, zresztą przy wydatnej pomocy księdza. W wielkim skrócie odbyło się to tak: żeby zmienić profil pisma, trzeba było wyrzucić ze stanowiska naczelnej redaktor Panią Grażynę Walendzik. Żeby ją wyrzucić, trzeba było wprowadzić do Zarządu im. T. Kościuszki nowych ludzi, którzy nie mieliby jakichś tam głupich skrupułów w sprawie Polski, patriotyzmu, prawdy itd. czyli Dobra, ogólnie mówiąc. Stąd wybory do zarządu w lutym tego roku, które były popisem chamstwa (wyrywanie notatek z ręki przemawiającego prezesa A. Goździckiego) oraz niewiarygodnej manipulacji (na zebraniu zjawiły się 84 osoby, które do tej pory nie udzielały się w żaden sposób w pracy Stowarzyszenia a teraz gremialnie poparły nowe, niszczycielskie siły). Jednym słowem wszystko przebiegło według schematu z instrukcji politruka nowych czasów, z rozdziału: „Jak rozbijać patriotyczne zgrupowania”.
Oczywiście zawsze pozostaje pytanie: dlaczego? Jak sądzę, część odpowiedzi można znaleźć w akcji P. G. Walendzik, która to na łamach Tygodnika stanęła w obronie Polaków, reagując na oszczerczą i antypolonijną prowokację w galerii w Melbourne, gdzie niejaka E. Gower zamieściła informację pod tzw. dziełem sztuki: „Warszawa 19 kwietnia 1943 – Niemieckie, Polskie i Ukraińskie oddziały mordują resztki Żydów”. W każdym bądź razie ta kampania P. G. Walendzik w obronie prawdy oraz dobrego imienia Polaków, najlepiej charakteryzuje jej sylwetkę i obrazuje, co, jako polonijna społeczność, straciliśmy wraz z jej dymisją. I tutaj również dotykamy „sprawy kłamstwa”, jako, że P. Sudułł twierdzi, iż P. Walendzik „nie chciała się z tym faktem (zmianą zarządu) pogodzić” w związku z czym podziękowano jej za współpracę. P. Sudułł mija się tu z prawdą bowiem takiej szansy zgody na nowy zarząd nikt P. Grażynie nie przedstawił.
Reasumując, wiadomo było już od dawna, że w dzisiejszym klimacie Politycznej Poprawności, Tygodnik Polski był solą w oku pewnym ośrodkom, które ja na swój użytek nazywam „siłami potężnymi aczkolwiek totalnie amoralnymi”. Jestem też głęboko przekonany, że przewrót w Tygodniku dokonał się na polecenie tych grup choć wykonany został siłami tzw. Pożytecznych Idiotów – przypominam, że termin ten został wykuty przez nijakiego W. I. Uljanowa, który przybrał sobie konspiracyjną ksywkę „Lenin”. I nawet on, chory na nienawiść do wszystkiego co jasne, uczciwe i czyste nie potrafił ukryć pogardy dla tych kreatur wysługującym się Złu. Zdaje się im bowiem, że załatwiają jakieś swoje zadawnione urazy, są silni, bo za to, że im kiedyś czegoś nie wydrukowali teraz są w stanie zniszczyć nasze wspólne dobro. Jak ci chłopi w jednej spod Wileńskich wsi, którzy na początku sowieckiej okupacji we wrześniu 1939 roku zamordowali swego dziedzica wraz z żoną. Wywlekli oboje starszych ludzi na dziedziniec, stanęli kołem i w milczeniu, sapiąc i stękając, katowali ich drągami, aż drgające ciała na ziemi przestały się ruszać. Obok, w gaziku, siedzieli sowieccy żołnierze i paląc papierosy przyglądali się rzezi. Ktoś zapyta: za co ich tak bili? Wszak dziedziczka uczyła wiejskie dzieci czytać i pisać, nieraz w nocy wstawała do chorych bab i chłopów. Ano, odpowiedź jest dziecinnie prosta – bo mogli. Wiedzieli, że nikt ich za to nie zawlecze do kryminału a poza tym ten i tamten będzie chodził po wsi dumny, że odebrał komuś życie. Ot, mocarz, będą myślały baby, krwi się nie boi. Głupcy, nie rozumieli, że prawdziwy mocarz stanąłby w obronie tamtej pary, że byle debil może zabić staruszka. I, jak myślę, podobnie stało się u nas w Australii – odwaga w sekowaniu idei czystych i jasnych jest dziś niesłychanie tania, ba, można nawet dostać za to taki czy inny order. Tyle tylko, że głupcy nie rozumieją, iż sami nie są wolni odmawiając wolności innym. Zabijając wolne słowo, świadomie lub nie, stają po stronie Zła bowiem uczciwy człowiek może nie zgadzać się z czyimiś pomysłami ale w imię wolności będzie upierał się przy prawie do ich wygłaszania. Poza tym, czytając tekst P. Sudułła nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Saint – Exupery miał rację mówiąc: „Jeśli pozwolisz, by robactwo się rozmnożyło – rodzą się prawa robactwa. I rodzą się piewcy, którzy będą je wysławiać.”
I już na koniec – jestem zdania, że lepiej, żeby Tygodnik Polski istniał, niż żeby miało go nie być. Niech już będzie tylko o wielkanocnych pisankach, łowickich pasiakach oraz wdziękach Maryni – byle po Polsku. Przynajmniej P. Sudułł będzie miał o czym pisać.
Zbyszek Koreywo