Legendy polskiego boksu: Zbigniew Pietrzykowski.
Pan Zbigniew urodził się w 1934 roku w Bielsku-Białej. Reprezentował barwy Polski na trzech Olimpiadach - w 1956 w Melbourne (brązowy medal), 1960 w Rzymie, gdzie zdobył srebrny medal oraz w 1964 roku w Tokio, medal brązowy. Poza tym był czterokrotnym mistrzem Europy oraz jedenastokrotnym mistrzem Polski w latach 1954 - 65. Nazywany był "Dżentelmenem ringu", bowiem nigdy nie wykorzystywał swej siły ciosu do znokautowania słabszych przeciwników.
Zbyszek Koreywo: Panie Zbigniewie, na początek proszę nam powiedzieć jak panu się podoba Australia.
Zbigniew Pietrzykowski
: Pierwszy raz byłem tu 44 lata temu na Igrzyskach Olimpijskich w Melbourne. Od tego czasu jestem oczarowany Australią, krajem tak bardzo różniącym się od Europy.ZK:
Kiedy w rozmowach z kolegami wspominaliśmy czasy chwały Polskiego boksu nieodmiennie wracało wspomnienie Olimpiady w Rzymie i pana wspaniała walka w kategorii półciężkiej z Cassiusem Clayem w finale. Czy mógłby pan pokrótce przypomnieć naszym słuchaczom tamtą walkę?ZP:
To była walka o wysoką stawkę, najwyższą w boksie amatorskim. Przegrałem ale nie z byle kim tylko późniejszym bokserem wszechczasów, Muhammadem Ali. Zaś co do samej walki to był to dla mnie najtrudniejszy przeciwnik z jakim skrzyżowałem rękawice, głównie ze względu na wspaniałe warunki psychofizyczne. Był zawodnikiem niesłychanie wszechstronnym, wyższym ode mnie a poza tym młodszym. Ten ostatni atut okazał się szczególnie groźny dla mnie, jako że Clay toczył walkę ze mną na tak wysokich obrotach, że pod koniec trzeciej rundy po prostu zabrakło mi sił. Pamiętam, że tuż przed samą walką, kiedy odbywało się ważenie zawodników, porównywałem warunki fizyczne boksera z wagi ciężkiej i Claya i w duchu myślałem - oj, gdybym tylko miał za przeciwnika tego z ciężkiej, to chyba byłoby dużo łatwiej. I rzeczywiście, niesamowita elastyczność Cassiusa w ringu, szybkość spowodowały, że ja też musiałem walczyć na takich samych obrotach - dopóki starczało sił, było dobrze a potem, w przerwie pomiędzy drugą i trzecią runda widziałem, że on jest mniej zmęczony ode mnie i że będzie to najtrudniejsza runda w mojej karierze. No i miałem rację, ta część walki zdecydowanie należała do Muhammada Ali. Jedno co jeszcze mogę powiedzieć to to, że po tej walce nie byłem zdemolowany czy porozbijany ale faktem jest, że ostatnią rundę przegrałem wysoko. Z drugiej strony walka ta przyniosła mi ogromną sławę i pomimo upływu 40 lat, ciągle mówi się o niej, czego najlepszym dowodem pański telefon do mnie.ZK: Panie Zbigniewie, czy widział się pan z Muhammadem Ali od czasów Olimpiady w Rzymie?
ZP:
Tak, chyba ze dwa razy. Trzeba pamiętać, że ja byłem ostatnim przeciwnikiem w jego karierze boksera amatora. W związku z tym spotkaliśmy się raz w Anglii, gdzie zaprosiła nas tamtejsza telewizja a drugi raz we Włoszech. Tam odbywał się kiedyś festiwal filmów sportowych, na który to Muhammad przyjechał z własnym obrazem. Jednocześnie postawił warunek organizatorom festiwalu, że przyjedzie ale tylko wtedy kiedy zaproszą też i mnie. No i tak się stało, spotkaliśmy się w takiej przepięknej, kurortowej włoskiej miejscowości.ZK:
Innym bokserem, z którym toczył pan zacięte boje, był niesłychanie niebezpieczny w ringu, Węgier, Laszlo Papp. Jak pan wspomina te walki z nim.ZP: Z powodu bliskości geograficznej, jakikolwiek turniej europejski nie mógł się przez jakiś czas obejść bez spotkania Pietrzykowskiego z Pappem. W rezultacie spotkaliśmy się w ringu trzykrotnie. Musze powiedzieć, że to był fantastyczny zawodnik, nie ustępujący klasą Muhammadowi Ali. Jak pan słusznie zauważył, był to szalenie niebezpieczny bokser i moment nieuwagi z nim zwykle kosztował bardzo dużo. Przecież to był trzykrotny złoty medalista olimpijski, dwukrotny mistrz Europy amatorów i w latach 1962 - 66 zawodowy mistrz starego kontynentu. Moim zdaniem, tylko złośliwe utrudnienia ze strony przedstawicieli boksu, nie pozwoliły mu sięgnąć po najwyższe laury w światowym boksie zawodowym.
Ja spotkałem się z nim po raz pierwszy stosunkowo wcześnie. To znaczy on już był wtedy utytułowanym bokserem, światową sławą a ja początkującym zawodnikiem, niemalże debiutantem. Wtedy nikt nie zadawał sobie pytania kto wygra tylko w której rundzie Papp mnie rozniesie. No i nie rozniósł, choć walkę przegrałem ale spotkałem się później z wieloma pochlebnymi recenzjami z tego spotkania. Niektóre sugerowały, że następnym razem może być dużo lepiej.
W jakiś czas później zorganizowano "Turniej o Puchar Warszawy", na który to zaproszono Laszlo Pappa, głównie po to, by mógł spotkać się ze mną. No, ja już wtedy byłem bardziej znany, mistrzem Europy ale w dalszym ciągu zdawałem sobie doskonale sprawę z siły Laszlo Pappa i jego nienagannego wyszkolenia technicznego. Pamiętam, przed sama walką stanąłem przed lustrem i zastanawiałem się, gdzie mnie po tym wszystkim będzie najbardziej bolało. Miałem wszelkie podstawy do takich rozważań bowiem uderzenia Pappa można było porównać do kopnięcia konia. W efekcie wygrałem to starcie i to przed czasem. Udało mi się "posadzić go na deskach" dwukrotnie i w rezultacie wygrać przez nokaut. Niemniej to zwycięstwo miało tylko jeden mankament, mianowicie ten, że nie odbyło się podczas półfinałowego spotkania z Laszlo na Olimpiadzie w Melbourne gdzie z kolei on wygrał, choć nieznacznie.
ZK:
Panie Zbigniewie, jaka, pana zdaniem, jest dzisiaj kondycja polskiego boksu.Dlaczego nie ma tylu sukcesów co kiedyś.
ZP:
Prawda jest taka, że obecnie nie mamy w tej mojej dyscyplinie sportu jakichś wybitnych indywidualności. Na niedawnych mistrzostwach Europy, po raz pierwszy od bodajże trzydziestu lat, nie mieliśmy zawodnika w strefie medalowej. Pewne nadzieje wiązaliśmy z pięcioma bokserami, którzy przyjechali tu do Sydney ale okazały się one płonne, choć sam fakt zakwalifikowania się na Olimpiadę to już jest jakiś sukces.Co do przyczyn, to można zacytować Biblię i przypowieść o latach tłustych i chudych. Jest to jakieś prawo, które o dziwo działa wszędzie, nie tylko w boksie. Co innego, że ten okres lat chudych trwa coś za długo.
Niemniej zmiany organizacyjne wewnątrz samego sportu, możliwość przechodzenia na boks zawodowy nawet wtedy, kiedy zawodnik nie jest w pełni na to przygotowany, doprowadziły do znacznej regresji polskiego pięściarstwa. Do tego można dorzucić kilka innych spraw, takich jak poziom szkolenia, stosunek młodzieży do sportu itd. W dodatku boks to bardzo trudna dyscyplina sportu i coraz trudniej znaleźć takich, co nie tylko mają talent ale chcieli by także ciężko pracować na treningach.
ZK:
Niedługo ma się odbyć walka na ringu zawodowym pomiędzy naszym Andrzejem Gołotą oraz Mike Tysonem. Jaką, pana zdaniem, szansę ma Gołota w tym starciu.ZP:
Ja osobiście komentowałem kilka walk Andrzeja Gołoty i mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością, że jest to zawodnik bardzo dobrze wyszkolony, umiejący naprawdę wiele. Poza tym ma świetne warunki fizyczne tak więc na papierze wszystko wygląda bardzo dobrze. Niemniej ja jakoś niezbyt wierze w jego możliwości psychiczne. Pamiętam, komentując jego walkę z Lewisem Lennoxem w Londynie i będąc blisko ringu, kiedy Gołota poszedł na deski po solidnym ciosie, był bardzo zadowolony, że sędzia odesłał go do narożnika. Jak ja mam go oceniać, to już wolę go bijącego za nisko (w starciach z R. Bowie) niż wtedy, kiedy się poddaje. Natomiast wracając do Tysona, to ja ciągle wracam w pamięci do jego starcia z M. Douglasem, zawodnikiem, który jest podobny do Gołoty, jeżeli chodzi o warunki fizyczne. Zastosował on w pojedynku z Tysonem szkolną metodę, która mówi, że na krótkie ciosy bije się długimi, a co za tym idzie nie dopuszcza się do walki w pół-dystansie. Jeśli Gołota będzie o tym pamiętał, ma szansę - jeśli podejmie otwarta wojnę, bijatykę w ringu - Tyson może mu urwać głowę.ZK:
Panie Zbigniewie, w imieniu czytelników Tygodnika Polskiego, serdecznie panu dziękuje za rozmowę.ZP:
Ja panu dziękuję również i proszę pozdrowić wszystkich Polaków w Australii. Jestem naprawdę szczęśliwy, że za pana pośrednictwem mogłem coś Poloni przekazać od siebie.Zbyszek Koreywo