Ad Hominem.

  Znaczy tyle co: „przeciwko człowiekowi” i jest to oczywiście nazwa łacińska. Termin ten ukuli nasi starożytni przodkowie, co znaczy nie mniej nie więcej, iż metoda ad hominem ma swoich zwolenników już od bardzo dawna.

Na czym zaś ona polega? Ano, w skrócie, chodzi o to, żeby w dyskusji, w debacie lub na forum publicznym dyskredytować adwersarza a nie argumenty. Najczęściej osoby używające ten rodzaj broni nie są po prostu w stanie obalić racji przeciwnika ze względów logicznych czy też historycznych i jest to dla nich, jak sądzą, jedyne wyjście z pułapki.

Żeby daleko nie szukać przykładów, niżej podpisany również spotykał się z taką formą „dyskusji”. Kiedyś, pamiętam, chyba przy okazji naigrywania się z Politycznej Poprawności, jakiś czytelnik Typola był uprzejmy napisać w liście do redakcji, że się wyrwałem z zakładu psychiatrycznego. I od razu wszystko jasne, nieprawdaż; wiadomo, Koreywo to wariat i w związku z tym wszystko, co tam sobie wypisuje, nie ma najmniejszego znaczenia. I, jak powiadam, metoda ta ma do siebie to, że nie trzeba się gimnastykować przy pro i kontra dyskusji, wystarczy autorytatywnie oznajmić, że Koreywo to niedorozwinięty umysłowo osobnik wobec czego wszystko to co mówi, musi być bzdurą. Było też kiedyś o mnie, że absolwent Akademii Wychowania Fizycznego. No, a  jak przecież wszyscy wiedzą, już od początku świata nikt z inteligencją wyższą od przeciętnego szympansa nie opuścił murów tej uczelni. I już, koniec, kropka, wiadomo - musi być gamoń. Zresztą Zenon Laskowik, absolwent poznańskiej AWF, też w takiej sytuacji musi być niedorozwinięty, choć założył i prowadził TEY, jeden z najlepszych kabaretów w starym kraju.

Niemniej, trzeba to otwarcie przyznać, sztukę ad hominem znacznie udoskonalił w Polsce niejaki Adaś Michnik, zresztą syn Ozjasza Szechtera. Już od początku urzędowania na stanowisku redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”, zwolenników deratyzacji czyli dekomunizacji nazywał „oszołomami” i „dzikimi frustratami”. Poza tym przez łamy tego szlachetnego pisma przewijały się epitety w rodzaju „zwierzęcej nienawiści”, „ciemnogród” itd. a potem to był już tylko bruderszaft z W. Jaruzelskim, osobnikiem odpowiedzialnym za śmierć wielu setek Polaków plus popijawy z Jerzym Urbanem.

I znowu, problem, jaki miał i w dalszym ciągu miewa Michnik polega na tym, że nie sposób zaprzeczyć racji tym, którzy mówią, iż system komunistyczny był do szpiku kości zły i zbrodniczy – prawdopodobnie ponad 100 milionów ofiar, jeśli wliczyć w to i Chiny. Zamordowano więc ponad dwa razy więcej ludzi niż liczy ich sobie Polska i do dziś nikt nie został za to pociągnięty do sprawiedliwości. Ba, za pomordowanych Żydów przepraszają wszyscy, włączając w to prezydentów Polski a i Szwajcaria grubo beknęła dolarami, choć jak pamięć sięga, zawsze była krajem neutralnym. A jak ktoś się chce upomnieć o męczenników komunizmu, to zaraz Michnik wraz ze swą gromadką okrzykną go „zdziczałym od nienawiści oszołomem” i już. Znaczy się, człowiek niby przestaje się liczyć w towarzystwie po takiej klasyfikacji. Z drugiej strony zdumiewające, jak bardzo wielu Polaków dało się nabrać na ten prosty chwyt i podkuliło pod siebie ogony jak zbite psiaki. No, ale trzeba też przyznać, że budowanie legendy KOR – owskim komsomolcom, w tym i Michnikowi, zaczęło się bardzo wcześnie bo już w 1976 roku i co tu gadać, cała ta akcja została przeprowadzona z militarną wręcz precyzją, o co zresztą nie tak trudno, mając do dyspozycji milicję, służby bezpieczeństwa, wywiad, wojsko itd.

Tak więc środowisko „Gazety Wybiórczej”, pod światłym przewodem swego naczelnego, rozwinęło i udoskonaliło sztukę ad hominem na słowiańskiej ziemi. Niemniej, jak sadzę, byli oni tylko małymi aktorami a i role nie były znowu tak duże w sztuce zwanej „ Globalizacja czyli jak wziąć świat za twarz”.

U nas, w Australii, metoda ad hominem też ma swoich zwolenników, głównie ulokowanych w masowych przekaziorach oraz w lewicowych organizacjach, wliczając w to, oczywiście, partie polityczne. Pamiętam, coś ze dwa lata temu pewien polityk w Zachodniej Australii wyraził się o Aborygenach „niepoprawnie”, mówiąc, że większość z nich żyje w epoce kamienia łupanego. Pierwsze, oczywiście, rozdarły się przekaziory, odmieniając wyraz „rasista” na wszelkie możliwe sposoby. Zaraz potem dołączyli Zieloni plus nie umalowane i bez staników feministki, pederaści i lesbijki, socjalistyczna młodzież itd. Demokraci też się poczuli urażeni razem z kolegami z Partii Pracy. No i wszem i wobec ogłoszono, że niepoprawny politycznie polityk jest wybitnym rasistą nie przytaczając przy tym jednego choćby argumentu, obalającego jego punkt widzenia. Typowa metoda ad hominem. I nikomu jakoś do głowy nie przyszło, że ten polityk miał prawdopodobnie dobre intencje. Postrzeganie bowiem Aborygenów jako równorzędnych starej cywilizacji europejskiej i w związku z tym podlegających tym samym obowiązkom, nie tylko jest głupotą ale także szalenie szkodliwe dla nich samych. Czasem mam wrażenie, że na ołtarzu Politycznej Poprawności codziennie składa się w ofierze życie i zdrowie tych biednych ludzi, którzy często nie są w stanie pojąć podstawowych konceptów prawnych i socjalnych, jakie zostały im zaaplikowane niemalże z dnia na dzień. Tak więc do diabła ze zdrowym rozsądkiem, grunt, że kierunek słuszny. Tylko dla kogo słuszny, chciałoby się zapytać, bo na pewno nie dla nas, zwykłych obywateli tego pięknego kraju, wliczając w to oczywiście naszych czarnych współlokatorów.

Natomiast bezdyskusyjnymi mistrzami świata w trudnej sztuce ad hominem są bez wątpienia te kręgi żydowskie, które wymyśliły i starannie pielęgnują do dziś pojęcie „antysemityzmu”. Co prawda pojęcie to jest co najmniej mało precyzyjne, bowiem semitami są nie tylko Żydzi ale także i Arabowie (tak, tak Palestyńczycy są bliskimi krewnymi Żydów, choć wielu z tych ostatnich nie wierzy, że Arabowie to ludzie). Niemniej, w wyniku wieloletnich starań, epitet „antysemita” stał się pojęciem budzącym grozę, jednoznacznym z przekraczaniem niedozwolonych granic, naruszaniem świętości niemalże. A wiadomo, ktoś, kto dopuszcza się świętokradztwa, łamie społeczne normy godny jest pogardy i nie zasługuje na uwagę. I o to właśnie chodzi, żeby stworzyć ad hominem tak silny, by ludzie nie odważali się mówić głośno to co myślą lub czują, jednym słowem wszczepić w umysły samo – cenzurę, najwyższą formę zwykłego knebla.

Ktoś może powiedzieć, że pojęcie antysemityzmu jest formą samoobrony społeczności żydowskiej przed wielowiekowym prześladowaniem i z pewnością będzie to argument słuszny. Tylko dlaczego społeczność żydowska przez pond dwa tysiące lat musiała się bronić przed prześladowaniami wszędzie tam, gdzie się zagnieździła, z wyjątkiem Polski? Ano, temat obszerny i na ogół znany, choć może warty analizy w którymś z felietonów.

Niemniej, jak sądzę, termin „antysemityzm” ma za zadanie spełniać dwie funkcje. Po pierwsze, pod groźbą publicznej anatemy, zamykać ludziom usta i tym samym tworzyć parasol ochronny nad społecznością żydowską; po drugie zaś usprawiedliwiać umiejętność zamykania się tejże społeczności we własnym świecie, gdzie obowiązują inne prawa moralne.

Jeśli chodzi o tę pierwszą funkcję, to, jak już wcześniej wspomniałem, ma ona za zadanie stworzenie idealnej cenzury, bowiem nie egzekwowanej przez kosztowne aparaty administracyjne a tylko przez kilka szarych komórek w mózgu, które stoją na straży interesów syjonistycznych. A po co komu cenzura? Ano, najczęściej, żeby ukryć prawdę. A po co ukrywać prawdę? Ano, jak sądzę, po to, by podłość mogła bezkarnie panoszyć się wśród nas, bowiem prawda jest równoznaczna z Dobrem. Wszyscy ci, którzy przerobili w szkole życia praktyczny przedmiot zwany komunizmem, wiedzą o czym mówię.

Natomiast drugą funkcją pojęcia „antysemityzm” jest wyposażenie społeczności żydowskiej w rodzaj tarczy ochronnej, broniącej jej nie tylko przed uprzedzeniami ale także i przed trudną a czasami porażającą prawdą. I tak każdy, kto ma odwagę mówić czy też pisać przykrą czasami prawdę dla społeczności żydowskiej, zawsze może być zbyty krótkim: „no tak, antysemita”. Pozwala to nie zagłębiać się w logiczne czy też historyczne argumenty, które mogłyby okazać się tak bardzo bolesne. Dlatego, jak myślę, czym więcej tego bólu tym mocniej i głośniej o antysemitach.

Na koniec pozostaje oczywiście pytanie, czy ten felieton jest przejawem antysemityzmu. Czy w ogóle rozpatrywanie jakiegokolwiek problemu może być przejawem antysemityzmu.

Żeby odpowiedzieć na to pytanie trzeba przypomnieć sobie, że żyjemy tu, w Australii, w wolnym i demokratycznym świecie a przynajmniej taki powinien on być. W tej sytuacji mamy nie tylko prawo ale i obowiązek wobec przyszłych pokoleń pisać i mówić PRAWDĘ. W konsekwencji takiej postawy musimy być przygotowani na jej obronę, choćby zamykali nas do więzień lub „nieznani” sprawcy podpalali nam domy. Rzecz w tym, że samo zakuwanie rąk w kajdany nie czyni nas niewolnikami. Stajemy się nimi w momencie kiedy pogodzimy się w sercu i umyśle z niewolą.

Poza tym rola Żydów w świecie jest tak duża, ich wpływy tak ogromne, że nie sposób ich pomijać wtedy, kiedy chcemy zastanawiać się nad kondycją naszej rzeczywistości. I każdy z nas ma prawo, gwarantowane przez dekrety o wolności słowa oraz ustawy Narodów Zjednoczonych, wyrażać swą opinię lub troskę o aktualne wydarzenia. Co prawda nie gwarantuje to nam jeszcze słuszności tego co mówimy ale samo dociekanie prawdy nie może być uważane za przejaw dyskryminacji czy też nienawiści. Prawda bowiem jest jedna choć kłamstw może być bez liku. Tak więc broń ad hominem może być skuteczna tylko i wyłącznie w sytuacji opresji moralnej a z tym, drodzy państwo, nikt kto myśli zgodzić się nie może. Zgoda bowiem na to uczyni nas praktycznie niewolnikami ZŁA. I myślę, że warto czasem pamiętać to, co  powtarzam za mądrym człowiekiem: „Wystarczy tylko brak przeciwdziałania, by zło stało się normą”.

 

Zbyszek Koreywo

Wróć do spisu treści