Analfabetyzm
po Australijsku.
Co
jakiś czas w tzw. mediach czyli masowych środkach do prania mózgów
pojawia się sprawa analfabetyzmu wśród dzieci australijskich. Wybucha
wtedy ogromna wrzawa, wielu tzw. “fachowców” stara się zabrać głos,
zwykle żeby znaleźć winnego za taki stan rzeczy, przeprowadzane są
wywiady ze zrozpaczonymi rodzicami, jednym słowem afera nie z tej ziemi.
Potem zwykle następuje cisza aż do czasu kiedy znowu nie ma co drukować
no i bal zaczyna się od nowa. Kiedyś nawet sam pan minister federalny
zabrał głos, grzmiąc z góry, że nie będzie płacił
nauczycielom aż do czasu kiedy wszystkie dzieci australijskie będą
umiały czytać i pisać a niektóre to nawet mają znać
tabliczkę mnożenia.
Czytając
albo słuchając te wszystkie banialuki człowiek rzeczywiście
może się pogubić i zacząć winić Bogu ducha winnych
nauczycieli, no bo przynajmniej jest na kogo zwalić odpowiedzialność.
A to tak przyjemnie, nieprawdaż, pokazać paluchem na kogoś i głośno
obwieścić: oto złoczyńca, teraz złapcie go i
obedrzyjcie ze skóry. Zaraz wszystkim jakoś robi się lżej na
duszy, mając taką skórę powieszona nad łóżkiem
zamiast ludowej makatki z jeleniami na rykowisku. Kłopot tylko z tym,
że obdzieranie kogoś ze skóry nie znaczy, że problem się
sam rozwiązuje. Trochę tak jak z Galileuszem – o mały figiel a
by go na stosie spalili za głoszenie prawdy, był aresztowany i
publicznie napiętnowany a ziemia i tak nie chciała jakoś przestać
się kręcić dookoła słońca.
No,
ale na poważnie, to w Australijskich szkołach nie stawia się
uczniom stopni, o czym wiedza tu wszystkie mamy. Tak jak w sowieckiej armii,
trzeba odpękać czyli zaliczyć odpowiednia ilość lat służby
a potem tak czy inaczej musza zwolnić do cywila. No wiec z naszym przychówkiem
tak samo, musza odbębnić 7 lat szkoły podstawowej a potem chcą
czy nie, musza przyjąć do szkoły średniej. Nieważne,
czy dziecko umie czytać i pisać, nie mówiąc już o dodawaniu
ułamków. No i taka jest prawda i żadne załamywanie rak nad
profesjonalizmem Australijskich nauczycieli nic tu nie pomoże. Po prostu
zabrano nauczycielom narzędzie pracy i tyle. I dopóki stopnie nie zostaną
przywrócone, dopóki dzieciarnia przestanie automatycznie awansować do wyższych
klas, śmiem twierdzić, nic się nie zmieni, a jeżeli to na
gorsze.
Ciekawa
rzecz jeszcze w tym, ze ostatnio czytałem w jakiejś polskiej gazecie,
że taki sam pomysł na analfabetyzm dzieci zaczyna mieć także
Polskie Ministerstwo Oświaty. Ponoć maja zabronić nauczycielom
stawiania stopni w klasach od pierwszej do trzeciej. No i niech ktoś mi
powie, że szaleństwo Politycznej Poprawności nie jest zakaźne.
Jak jakaś dżuma albo, psiakrew, cholera. Co w końcu nie jest
znowu takie dziwne, zważywszy, że Adam Michnik dalej pozostaje
redaktorem naczelnym największej pralni mózgów w kraju nad Wisła.
Zbyszek Koreywo