Australijskie wybory.

Ani się człowiek obejrzał a tu już trzy lata minęły od ostatnich wyborów federalnych w Australii. Jak się nad tym trochę zastanowić, to faktycznie, wybory parlamentarne u nas, na Antypodach to i owszem, mają sens – głównie dostarczają zwyczajnym zjadaczom chleba refleksji nad tym, jak ten czas szybko leci. Ten i tamten zaduma się przez chwilę, bloody hell, it’s been already three years no i potem znowu odda głos na Partię Liberalną albo Pracy no bo wszyscy tak robią. Nawet szef w pracy i, co najważniejsze, kumple z baru oraz rodzina. Nie jestem pewny, jak te sprawy wyglądają w innych krajach ale, sadząc po rezultatach i sytuacji międzynarodowej, chyba podobnie. Tak więc w końcu wypełniają się koncepcje pomysłodawców nowoczesnego ustroju demokratycznego – gdyby nawet pozwolić głupocie myśleć to i tak nic nie wyduma. Kierdle ludzkich lemingów wybiorą dokładnie tych, których siły potężne aczkolwiek totalnie amoralne, same wybrały. I nie to jest jeszcze naszym nieszczęściem, że ktoś myśli za nas, niejako w naszym zastępstwie. Rzecz w tym, że, moim skromnym zdaniem, selekcja na tzw. polityków odbywa się według norm negatywnych. Zupełnie jak za czasów komunistycznego zamordyzmu – czym większa szuja tym więcej szans na miejsce przy korycie. Poza tym, nie tylko można ale i trzeba ustawić elekcję tak, by wybór był tylko pomiędzy cholerą albo dżumą. (Polacy w kraju przerabiają ten temat od 1990 roku). To na wypadek, gdyby znaleźli się tacy, co to jeszcze potrafią myśleć za siebie i którzy nie pozamieniali się z telewizorem na rozumy. I, kontynuując, z myślą o takich właśnie obywatelach australijscy możnowładcy już dawno temu wprowadzili przepis, który mówi, że głosowanie u nas jest obowiązkowe. Nawet wtedy, jak komuś nikt z listy wyborczej się nie podoba to i tak nie ma znaczenia – majoryzuj, bracie, bo jak nie to ci przyślą do domu mandat na 50 dolarów plus będziesz prawdopodobnie miał przechlapane tu i tam ... A wydawałoby się, że odmowa udziału w elekcji też jest formą głosowania. No, ale miłościwie nam panujący nie w ciemię bici – jakby co to zawsze mogą powiedzieć: „o co wam chodzi? Przecież sami go wybraliście.”

No i wybieraliśmy. Swego czasu niedouczonego aroganta (opuścił mury szkolne w wieku lat 14) Paul Keatinga, który to pod koniec lat osiemdziesiątych zabawiał się eksperymentami z ekonomią, co skończyło się stopą oprocentowania bankowego w wysokości 17,5 %. Kiedy większość łatwowiernych Australijczyków w końcu połapała się w czym rzecz było już za późno. Banki obłowiły się jak za depresji i tylko tysiące ludzi straciło domy i dobytki, bowiem nie wszyscy byli w stanie wytrzymać lichwiarskie oprocentowanie. Były też informacje o samobójstwach, głównie wśród farmerów ale jakoś oficjalnych danych nikt nie opublikował.

Potem nastał miłościwie nam do tej pory panujący – John Howard, capo di tutti capi Partii Liberalnej. Zaczęło się nawet nieźle, stopa oprocentowania bankowego gwałtownie spadła, wzrósł eksport i ekonomiczna przyszłość Australii zaczęła się jawić w nieco przyjemniejszym świetle. A raz to nawet zdarzyło się, iż John oświadczył publicznie, że niekoniecznie trzeba być zawsze i wszędzie Politycznie Poprawnym. No, powiało grozą w zakamarkach i na strychach Canberry plus w domach właścicieli Antypodów (niekoniecznie zresztą mieszkających w Australii) no i pewnie dlatego Howard nigdy już nie powtórzył tej herezji. Czy przeprosił możnych tego świata za to faux-pas  tego nie wiem ale odrobinę mojej sympatii zyskał po tym, kiedy oświadczył, iż nigdy nie zgodzi się na małżeństwa pederastów. Nie chodzi tu bowiem o to kto z kim gimnastykuje się w sypialni ale o prawne i moralne podłoże seksualnych zboczeń.

Niemniej, z całą odpowiedzialnością za swe słowa twierdzę, że w gruncie rzeczy nie ma większych różnic pomiędzy Partiami Pracy oraz Liberalną w Australii. Mówiąc dosadniej: jedno i te same barachło. Te wszystkie wojny w parlamencie, przepychanki, inwektywy, różnice w poglądach na wystrój publicznych sanitariatów,  dramatyczne rozziewy w sprawach trzecio- i cztero- rzędnych – to wszystko pic na wodę, fotomontaż – jak mawiał mój cieć z ulicy Poznańskiej w Warszawie.

Bodajże najbardziej rażąco uwidoczniło się to przy sprawie „One Nation” i jej inicjatorce - Pauline Hanson. (Dla czytelników spoza Australii – była to autentyczna partia, starająca się wypełniać podstawowe zadanie polityczne – realizację dobra z punktu widzenia naszego społeczeństwa) Oczywiście, w rekordowym czasie „One Nation” zyskała kilka milionów zwolenników, co przecież nie mogło być tolerowane na dłuższa metę. Wszystkie liczące się partie australijskie szybko zwarły szeregi i w rezultacie pani Pauline Hanson wylądowała w więzieniu, oskarżona o malwersacje.

Poza tym, w sprawach zasadniczych nic się u nas nie zmienia; kryminaliści są pod specjalną ochroną niezależnie od aktualnego gabinetu, nikt też nie próbuje nawet przymierzyć się do problemów z narkotykami (a właściwie z figurami, bezpośrednio odpowiedzialnymi za ten niezwykle dochodowy interes). Nikt, niezależnie od przynależności partyjnej, nie ma odwagi zmierzyć z problemem ludności aborygeńskiej. Miliardy dolarów rocznie gdzieś wsiąkają a los autentycznych autochtonów w buszu nie zmienił się nawet na jotę, ergo ich średnia długość życia dalej oscyluje w granicach 45 lat. Z drugiej strony są w Zachodniej Australii miasta, gdzie całe dzielnice lub ulice są terroryzowane przez rozwydrzonych, aborygeńskich nastolatków. Kiedy w rozpaczy ktoś sięgnie po broń – natychmiast zjawia się policja i już gotowa sprawa w sądzie. Jednym słowem ludzi u nas się karze także za próby ochrony własnego lub powierzonego dobytku.

 Innym przykładem tożsamości politycznej, niezależnie od nazwy, jest podejście do spraw bankowości oraz regulacji ceny paliw płynnych. Mam tu na myśli świadome działania polityków, chroniących lichwiarzy wszelkiego autoramentu oraz gigantów paliwowych, wręcz obscenicznie tuczących się naszym kosztem. A tak przy okazji – ostatnio ceny ropy naftowej osiągają nowe rekordy niemalże każdego dnia. Oczywiście wszystkiemu winni „terroryści” z Iraku, bowiem tamtejsza destabilizacja nie pozwala na obniżenie cen. No, ale przecież przez ostatnie 14 lat Irak praktycznie nie eksportował ropy, o co już zadbała, między innymi, australijska marynarka wojenna. Tak więc coś tu się nie zgadza, jak mawiał kierownik sklepu przeliczając kasę. Ktoś nas robi w konia czyli nabija w butelkę i w związku z tym ten „ktoś” już nie tylko pławi się w pieniądzach ale wręcz w nie nurkuje.

Kiedy już jesteśmy w temacie Iraku to nie od rzeczy będzie przypomnienie, że główne partie polityczne Australii są również jednakowo odpowiedzialne za masowe ludobójstwo – najpierw za blokadę, w wyniku której zmarło miliony osób („4 500 dzieci irackich, poniżej wieku 5 lat, umiera miesięcznie w wyniku głodu i chorób. Z pozostałych, większość żyje na granicy przetrwania” -  UNICEF, październik 1996 rok.) a później za jawną agresję.

Natomiast wracając do australijskich spraw wewnętrznych to stosunki pomiędzy rządem a rządzącymi najlepiej obrazują sytuacje na naszych drogach. Otóż są one obstawiane gęsto kamerami, pod pretekstem ochrony naszego życia. Zapomnisz się na chwilę i przekroczysz dozwolony limit o 5 km/godz. i już cię mają – następne 100 dolarów do państwowej kiesy. Z drugiej strony, możesz jechać po australijskich autostradach pijany do nieprzytomności, zygzakiem, pod prąd, pod wpływem narkotyków przejechać staruszkę z pekińczykiem plus jej bratanka – nic to, kamera nie zrobi ci zdjęcia o ile nie przekroczyłeś dozwolonej szybkości. Reasumując: rząd za nasze pieniądze kupuje kamery, urządza na nas polowania i w dodatku twierdzi, że to dla naszego własnego dobra.

 

 

Zbyszek Koreywo

 

Wróć do spisu treści