CHRIS BAKER MLA – Partia Liberalna.
Czekając na spotkanie z Chrisem o czwartej po południu, miałem okazję zobaczyć, jak naprawdę wygląda biuro członka parlamentu na dwa tygodnie przed stanową elekcją. Telefony nie przestawały dzwonić, drzwi się praktycznie nie zamykały, jako, że albo ktoś wchodził lub wychodził, ktoś wnosił naręcza plakatów, sekretarka w tym samym czasie cos komuś wyjaśniała do jednej słuchawki oraz zamawiała dodatkowe broszury do drugiej, nie przestając uśmiechać się do ludzi czekających przed jej kontuarem. W jakiś przedziwny sposób potrafiła jednocześnie kierować ruchem wewnątrz małego biura i odbierać polecenia szefa. Niemniej wszystko to razem nie sprawiało wrażenia chaosu a wręcz przeciwnie – ludzie opuszczający biuro Chrisa wyglądali na zadowolonych i jakoś każdy telefon nie pozostawał bez odpowiedzi. Mówiąc szczerze nabrałem wtedy trochę więcej szacunku dla naszych polityków – tym bardziej, że wraz z upływem czasu aktywność jakby bardziej przybierała na sile. A była to pora dnia, kiedy większość z nas odpoczywała już w domu po pracy.
W środku tej wartkiej działalności znajdował się Chris Baker MLA (Member for Legislative Assembly), przedstawiciel okręgu Joondalup – w parlamencie Zachodniej Australii. Barczysty mężczyzna w średnim wieku, z rudo-płomienną głową i sylwetką sportowca, okazał się być człowiekiem bezpośrednim w kontakcie, bardzo uprzejmym, otwarcie patrzącym w twarz rozmówcy. Ano, wiadomo – polityk. Przez chwilę zastanawiałem się, czy istnieje gdzieś szkoła dla naszych przedstawicieli parlamentarnych, ucząca podstawowych zasad psychologicznych w kontaktach z wyborcami.
Zbyszek Koreywo:
Chris, skąd pochodzisz i czy zajmowali się Twoi rodzice?Chris Baker:
Urodziłem się w Brisbane, Queensland w wielodzietnej rodzinie jako, że było nas siedmioro rodzeństwa. Niestety, jedno z nas nie przetrwało dzieciństwa, tak więc teraz mam pięcioro sióstr i braci.Moi rodzice wychowali nas w wierze katolickiej, co zresztą jest do tej pory moim drogowskazem na drodze życia. Ojciec prowadził familijny biznes, produkujący lakiery drzewne, farby itd. oraz mieliśmy także sklep z maszynami i sprzętem dla majsterkowiczów, coś w rodzaju Mitre 10, tylko na mniejszą skalę. Pamiętam, że tata zawsze chciał, żebyśmy wszyscy, bracia i siostry , pracowali razem w tym rodzinnym interesie. Niestety, w 1974 roku rząd w Queensland postanowił rozbudować system kolejowy w związku z czym okazało się, że nasz sklep znajduje się na linii przeznaczonej na tę właśnie kolej. W drodze tzw. przymusowej sprzedaży straciliśmy sklep, chociaż oczywiście rodzice dostali odszkodowanie. W wyniku dalszych komplikacji nie doszło do budowy innego domu handlowego i w rezultacie mój ojciec zapoznał się z życiem człowieka bezrobotnego.
W tej sytuacji nie pozostawało dla mnie nic innego jak tylko ukończyć Uniwersytet, gdzie uzyskałem dyplom (Bachelor of Arts) specjalizując się w Historii oraz Polityki Australijskiej. Po roku przerwy w nauce, wróciłem na Uniwersytet i w 1985 ukończyłem studia prawnicze. Jako początkujący prawnik pracowałem w Darwin a później w Kathrin, gdzie zresztą poznałem moją żonę.
ZK:
Kiedy postanowiłeś zostać politykiem?ChB:
Nie sposób powiedzieć, kiedy. To nie jest tak, że któregoś dnia się budzisz i postanawiasz: od dziś będę starał się być politykiem. Ja jakoś zawsze interesowałem się polityką i to już w szkole średniej. Pamiętam, że przez długi czas byliśmy wstrząśnięci tzw. sprawą Petrova (sowiecki dyplomata, w 1958 odmówił powrotu do Moskwy, w zamian za azyl polityczny w Australii ujawnił kontakty Partii Pracy i Związków Zawodowych z KGB – przycz. mój). Poza tym wtedy w Queensland wszyscy byli pod silnym wpływem Jo Bjelke-Petersona, co prowadziło niekiedy do długich nocnych dyskusji. Na Uniwersytecie z kolei związałem się na jakiś czas z tzw. “Young Nationals” i jak pamiętam, często zastanawialiśmy się, jak przeciwdziałać wpływom lewicy na australijskich uczelniach. Później, na różnych zakrętach mojej drogi życia, zawsze pozostawałem w kontakcie z “National Party” a w Esperance, gdzie prowadziłem kancelarię adwokacką, zostałem wybrany vice-przewodniczącym tamtejszego oddziału. Natomiast przygoda z Partią Liberalną rozpoczęła się w Port Hedland, gdzie dr Alan Eggleston nadał mojej aktywności politycznej nowy kierunek. Od tego czasu pozostawałem aktywnym członkiem Partii Liberalnej, nawet po osiedleniu się w Perth, gdzie w Joondalup otworzyłem kancelarię adwokacką.ZK:
A zatem jak w Australii zostaje się członkiem parlamentu, politykiem.ChB:
Są trzy drogi. Pierwsza jako kandydat niezależny, druga to reprezentowanie jednej z partii politycznych Australii no i wreszcie można wystartować jako twórca nowej partii politycznej. W tym ostatnim wypadku trzeba mieć minimum 500 osób deklarujących członkostwo. Natomiast jako kandydat niezależny każdy może wystartować w wyborach, trzeba tylko w odpowiednim czasie zgłosić swoją kandydaturę. Zaś w wypadku reprezentowania partii politycznej, to najpierw trzeba przejść przez proces selekcyjny. Co jest bardzo istotne w wypadku Partii Liberalnej to to, że pierwszym stopniem kariery jest zawsze uzyskanie odpowiedniego poparcia ze strony członków oddziału, zwykłych ludzi, którzy płaca składki na rzecz partii. Tak więc nie jest to poparcie innych kolegów-polityków, którzy mogliby w jakimś czasie zażądać takiego samego poparcia, co automatycznie stwarzałoby koterie i frakcje. Najpierw trzeba uzyskać względy szarych członków partii. I to jest pierwszy stopień na drodze do kariery każdego polityka Partii Liberalnej. Poza tym są jeszcze trzy inne: wybory do władz regionalnych, Rady Stanowej oraz Egzekutywy Stanowej. Za każdym razem trzeba uzyskać odpowiednie poparcie każdego z tych ciał.ZK:
Czy rzecz ma się podobnie z karierą w szeregach Partii Pracy?ChB:
Z tego co wiem, to nie zupełnie. Głosy zwykłych członków Partii Pracy ważą maksimum 40%. Reszta, to znaczy 60% należy tylko i w wyłącznie do Związków Zawodowych.ZK:
Na której stronie politycznej sceny znajduje się dziś Chris Baker? Czy jest to centrum, na lewo czy też na prawo?ChB:
Zdecydowanie na prawo, mówiąc o szerokim spektrum politycznych zapatrywań.ZK:
Miałem na myśli scenę polityczną Partii Liberalnej.ChB:
Aaaa, to co innego. Widzisz, my operujemy inaczej. To w Partii Pracy są frakcje polityczne, od zdecydowanie lewego skrzydła do umiarkowanego, można powiedzieć przesuniętego na prawo. Natomiast w Partii Liberalnej nie ma takich podziałów, opartych na poglądach politycznych. Co my mamy, to rodzaj ugrupowań, skupionych głównie wokół osób o silnych osobowościach. Co prawda od czasu do czasu ktoś próbuje przyklejać nam polityczne łatki w sensie – ten jest bardziej prawicowy a ten mniej, niemniej są to linie podziału tworzone raczej przez liderów, niż przez poglądy. I jest to jedna z różnic pomiędzy Partią Pracy, socjalistyczną z natury a Partią Liberalną, konserwatywną.ZK: Czy mógłbyś dać mi jeden powód, dla którego powinienem głosować na Partię Liberalną 10 Lutego?
ChB:
Mówiąc tylko o Zachodniej Australii to jestem absolutnie przekonany, że Partia Liberalna po prostu nadaje się dziś lepiej na partię rządzącą. Dziś nie każdy pamięta, że dziesięć lat rządów Partii Pracy w tym stanie kosztowało podatników 2,3 miliarda dolarów. Do dziś ciągną się procesy sądowe o odszkodowania i właśnie niedawno rozpoczął się następny, który może kosztować podatników Zachodniej Australii 400 milionów dolarów. Nie da się ukryć, że jest to wszystko wynikiem rządów gabinetu Briana Burke, Petera Dowdinga oraz Carmen Lawrance. Co ciekawe, oboje Carmen i Brian do dziś są ważnymi figurami w Partii Pracy. W każdym bądź razie, gdyby pozostały dług przeliczyć na głowę, to dziś każdy dorosły obywatel naszego stanu ma do spłacenia $2300 za grzechy Partii Pracy.Natomiast dzisiejszy wizerunek tej partii politycznej jest poddawany systematycznemu makijażowi, na wzór siostrzanej partii z Anglii. Tam Tony Blair wygrał wybory, ponieważ głośno krzyczał iż Partia Pracy jest inna niż w przeszłości, pozornie w ten sposób odcinając się od socjalistycznej genealogii. W ten sam sposób działa dziś Geoff Gallop, mówiąc o nowej Partii Pracy a przecież trzeba pamiętać, że w gabinecie Briana Burke był on ministrem odpowiedzialnym za Stanową Komisję Ubezpieczeniową, która praktycznie zbankrutowała. Ludzie mówią, że WA Inc. wydarzył się lata temu i jest to prawda. Natomiast mało kto wie, że do dziś podatnicy Zachodniej Australii wciąż płacą za błędy jakie wtedy popełniono, mniej lub bardziej świadomie.
ZK:
Wielu wyborców będzie głosować na Partię Pracy, ponieważ dużo łatwiej wydusić z niej pieniądze na różne grupy etniczne, kółka zainteresowań, związki, ligie, towarzystwa, filie itd. Poza tym zdaje się, że wszyscy bezrobotni będą głosować na nią an masse.ChB: Bez wątpienia. W Australii mamy do czynienia z następującym cyklem, powtarzającym się regularnie przez ostatnie dziesięciolecia. Partia Pracy rządzi krajem – zaczyna się masowe wydawanie pieniędzy. Na początku wszyscy są zachwyceni a szczególnie ci, którym trudno pozbierać się każdego żeby pójść do pracy. Zadłużenie kraju rośnie ale na początku mało to kogo obchodzi. Jest to czas łatwych pieniędzy. Aż zaczyna robić się źle, stopa oprocentowania systematycznie wzrasta i któregoś dnia okazuje się, że żyliśmy ostatnie lata na kredyt. I wtedy ludzie ze wstrętem odwracają się od Partii Pracy i my obejmujemy rządy. I zaraz zaczyna się polityka zaciskania pasa, spłacania długów, cięcia w budżecie na wydatki socjalne. I zaraz też zaczyna się propaganda medialna, że Partia Liberalna nie finansuje szkolnictwa, oszczędza na szpitalach, zabiera zasiłki dla bezrobotnych itd. Tylko mało kto wie, że spłacając dług zagraniczny oszczędzamy, jako kraj, dziesiątki milionów dolarów dziennie z samych odsetek. Po jakimś czasie kraj wraca do finansowej równowagi, zaczyna robić się pełniej w narodowej spiżarni ale ludzie są już zmęczeni oszczędzaniem i wtedy władzę ponownie obejmuje Partia Pracy. Na całe szczęście jest na początku z czego wydawać ale za jakiś czas znowu zaczyna się żywot na kredyt. Problem bowiem w tym, że pieniądze nie chcą rosnąć na drzewach, trzeba na nie ciężko zapracować. Czym dłużej my jesteśmy przy władzy, tym większe szanse na finansową stabilizację a co za tym idzie, większe wydatki socjalne. I to jest ta różnica pomiędzy Partią Pracy i Liberalną. Oni wydają pieniądze, których już nie mają a my, zanim wydamy, musimy je najpierw mieć w portfelu.
ZK:
Czy są jeszcze inne powody, dla których powinienem głosować na Partię Liberalną?ChB:
Widzisz, każdy rząd, nie tylko w Australii, powinien być oceniany w dwóch kategoriach: ekonomicznej i socjalnej. Co do pierwszej kategorii to chyba nie ma najmniejszej wątpliwości, kto jest górą. Zaś co do zdobyczy socjalnych, to w tej chwili Zachodnia Australia cieszy się najniższym wskaźnikiem bezrobocia w skali narodowej – 5,9%. Na taki rezultat trzeba zapracować, bo nie przychodzi on z dnia na dzień. Zaś co do Partii Pracy, to głośno krzyczą, że w momencie kiedy obejmą władzę, podwoją wydatki na zdrowie, policję, edukację itd. Natomiast czego nie mówią, to skąd wezmą na to fundusze. A pożyczone pieniądze kosztują kilkakrotnie więcej. Natomiast nasz budżet jest oparty na tym co mamy a nie na tym, co byśmy chcieli mieć.ZK:
Jaką rolę w polityce pełnią media.ChB:
Ogromną. Są w stanie zniszczyć geniusza i jednocześnie wykreować idiotę na narodowego bohatera. Nie ma polityka na świecie, który świadomie by nastrajał nieprzychylnie prasę, telewizję czy radio. No, chyba, żeby chciał popełnić polityczne samobójstwo. Media są potęgą i co do tego nie ma dwóch zdań. Stąd też biorą się politycy, którzy zainteresowani są tylko i wyłącznie przychylnością mediów, co nie zawsze idzie w parze z interesem wyborców.W Australii, już od lat czterdziestych, każda elekcja zaczynała się od bitwy o media, jako, że było to podstawą do sukcesu wyborczego. Przeciętny wyborca z reguły wie tyle, co mu powiedzą w telewizji, radiu czy prasie. No bo skąd jeszcze ma czerpać wiedzę na tematy polityczne.
ZK:
Chris, gdybyś miał trzy życzenia, które w jakiś magiczny sposób musiały by się spełnić, czego byś sobie życzył?ChB:
Przede wszystkim zatrudnienie dla wszystkich Australijczyków. Poza tym stabilną egzystencję dla wszystkich dzieci, wychowywanych w cieple rodzicielskiej troski i miłości. Jest takie stare powiedzenie, że jednym z największych podarunków, jakie ojciec może dać swoim dzieciom to miłość dla ich matki. No i wreszcie społeczeństwo kompletnie wolne od narkotyków.ZK: Dziękuję za czas, jaki znalazłeś dla nas w przededniu wyborów stanowych.
Zbyszek Koreywo
http://koreywo.com.au