Powycierana demokracja. (3)
W ostatnich dwóch odcinkach pisałem o tym, że garnitur demokracji, który, jako ludzki ród, nosimy już dwa i pół tysiąca lat, przede wszystkim powycierał się tu i tam. Natomiast o wiele istotniejszy jest fakt, że już dawno wyrośliśmy z niego. Możliwe też, że na skutek rozlicznych przepierek garniturek sam się skurczył. Tak czy inaczej uwiera pod pachami i wyglądamy w nim jak w ubranku z młodszego brata. Pal licho wygląd, w końcu nie ma komu śmiać się z nas ale jakby coraz chłodniej nam się robiło w przeciągu dziejów no i coraz trudniej funkcjonować w krępującym ruchy odzieniu. Zupełnie jak w tym kaftanie bezpieczeństwa – niby dla naszego własnego dobra ale jak tu się zamachnąć na sanitariusza-zboczeńca, który próbuje wykorzystać nas seksualnie.
Jako pierwszy powód takiego stanu rzeczy podałem jakość elektoratu oraz starałem się wyjaśnić, skąd, moim zdaniem, wzięły się te zmiany. Natomiast ten felieton chciałbym poświecić drugiej przyczynie, równie istotnej jak pierwsza.
Nie od dziś wiadomo, że przeciętny obywatel wie dokładnie tyle, co mu powiedzą w telewizorze, napiszą w gazecie lub powiedzą w radiu. Do tego dochodzi teatr i kino, które również są wykorzystywane jako nośniki informacyjne. Skąd ta wiara, że to co powiedziane poprzez masowe media musi być prawdą?
Otóż jeszcze nie tak dawno rzeczywiście, większość publikacji była zgodna z prawdą. Nie tak dawno, to znaczy przed II Wojną Światową. Na tym zresztą zasadzała się potęga prasy – na zasadniczej uczciwości wydawcy i dziennikarzy. Zresztą podobnie działo się z resztą społeczeństwa, honor znaczył wiele a kłamcy zwykle nie byli tolerowani wśród normalnych ludzi. Ta podstawowa uczciwość była, w moim przekonaniu, kamieniem węgielnym naszych zasad moralnych, bez których niemożliwy jest marsz cywilizacyjny do przodu. Dlatego czasem trzeba było wysmarować kogoś smołą a potem wytarzać w pierzu – właśnie w imię tej fundamentalnej przyzwoitości. Natomiast problem jaki dziś mamy ze środkami masowego przekazu polega na tym, że nie tylko pierza by zabrakło ale i smoły też za te wszystkie przeinaczenia, pół-prawdy, przemilczanie, kłamstwa czyli brak uczciwej i pełnej informacji. Nazywa się to zaś naukowo: Polityczna Poprawność – fenomen naszych czasów. Specjalizują się w tym procederze kręgi “lewoskrętne”, vide Gazeta Wyborcza pod dowództwem pierwszego kierownika pralni mózgów w kraju nad Wisłą.
Przykładów terroru Politycznej Poprawności można podać miliony choć mnie zawsze jako pierwszy przychodzi do głowy wojna w Wietnamie. Bitwa o wolność i dobrobyt tego ciężko przez los doświadczonego kraju została przegrana na Amerykańskich ulicach. Stało się tak dzięki uporczywej, zajadłej kampanii prasowej, telewizji, radia i kina w której roiło się od kłamstw, oszczerstw, półprawd i nagiej, komunistycznej indoktrynacji. Ciekawe, że dziś nikt nie pyta, kto stał za tą wrogą dla wolnego świata propagandą. Może dlatego, że animatorzy tamtych zdarzeń teraz już sięgnęli po najwyższe szczeble władzy i zbyt dużo pytań może być niebezpieczne. Niemniej wtedy, kiedy “Imperium Zła” rozpychało się łokciami po naszym globie, depcząc w marszu pod czerwonym sztandarem miliony, Stany Zjednoczone usiłowały postawić tamę komunistycznemu terrorowi. Jak to się skończyło, wszyscy wiedzą. Politycy, uzależnieni od ilości głosów, nie odważyli się sprzeciwić zmasowanej kampanii mas mediów, które to
jednym głosem poparły zamach na wolność Wietnamu. I tak powstał precedens wykorzystania środków masowego przekazu w perwersji procesu demokratycznego.Warunkiem wynaturzenia demokracji musiało oczywiście być zawładnięcie mas mediów. Większość dziennikarzy, jak świat długi i szeroki, zaczęła pisać jednym głosem, jakby w jakiś magiczny sposób zostali sklonowani. Kto wie zresztą, może rzeczywiście nastąpił proces klonowania tyle tylko, że nie w laboratoriach naukowców ale w redakcjach i to przy pomocy prostego zabiegu, znanego jako metoda marchewki i kija. Zabieg ten jest szczególnie skuteczny przy tresurze osłów choć jak się okazało, odrobina marchewki jest też w stanie sprostytuować całkiem spore grono tzw. ludzi pióra. W rezultacie takich działań stopniowo zanikło poczucie obowiązku społecznego dziennikarzy, realizowanego do tej pory poprzez uczciwą i pełną informację. Stąd już tylko jeden krok do moralnego załamania się polityków, którzy szybko zorientowali się, co może znaczyć próba wyrwania się z pęt Politycznej Poprawności. Niebyt polityczny - w rezultacie pełnego brutalności zmasowanego ataku, ośmieszania, powszechnego szermowania epitetami: rasista, antysemita itd. Najlepszym przykładem takiego “oblężenia” z Antypodów jest partia polityczna One Nation i jej przywódczyni, Pauline Hanson. Partia prawicowa, od początku generowała nienawiść wszystkich, bez wyjątku, mediów. Nawet fakt, że w ostatnich wyborach, partia ta uzyskała od 15 do 25 procent poparcia Australijczyków, nie zmienił wyjątkowo agresywnej, wymierzonej przeciwko niej kampanii. Swojego czasu na ulice Perth wyszli młodzi komuniści z czerwonymi sztandarami. Ochotnicy do kontynuowania najbardziej zbrodniczego systemu w historii ludzkości, odpowiedzialnego za około 100 milionów ofiar. Poza rutynową informacją w dziennikach, nikt nawet słowem nie potępił grupkę młodzieży, dla której wzorem są wujek Stalin i Dzierżyński – Żelazny Feliks.
Jest wiele, zbyt wiele przykładów “sklonowania” tzw. żurnalistów by można przejść nad tym do porządku dziennego. Na przykład na temat Żydowskiego Holokaustu zapisano setki ton papieru a ile stron w prasie zachodniej poświecono zbrodniom komunistycznym? Tragedia narodu żydowskiego udokumentowana została we wzorowy sposób a kto dziś pamięta o dramacie Ukraińców, którzy podczas Wielkiego Głodu w latach 1932-33 stracili ponad 20 milionów ludzi. Pan Spielberg z takim kunsztem, choć nie całkiem w zgodzie z prawdą historyczną, przedstawił nam los niewielkiej w sumie grupy ludzi. Natomiast ja chciałbym, żeby w Hollywood któregoś dnia ktoś zrobił film o zbrodniach w Katyniu, Starobielsku, Ostaszkowie czy też Winnicy.
Tak więc oczywistym jest fakt manipulowania środkami masowego przekazu, tak, by pracowały one tylko dla jednej opcji społeczno-politycznej.
Jak łatwo jest wykreować z miernoty męża stanu lub zniszczyć zdolnych – wiedzą o tym chyba najlepiej wyborcy Stanów Zjednoczonych. Jim Carter wygrał swojego czasu wybory prezydenckie ponieważ ponoć najładniej się uśmiechał. Opakowanie okazało się ważniejsze od zawartości. Kiedy chciano zniszczyć Richarda Nixona – wystarczyło przez kilka miesięcy prowadzić przeciw niemu nieubłaganą kampanię prasową. Żaden polityk tam nie może sobie pozwolić na zignorowanie mas mediów, choćby były one nie wiem jak anty-amerykańskie. To samo zresztą dotyczy polityków w każdym innym kraju w tzw. zachodnich demokracjach. Głupota wyborców połączona z agresywnym praniem mózgów stanowi niesłychanie destrukcyjny tandem. Destrukcyjny dla szerokich mas społecznych -ma się rozumieć – natomiast dający wszechwładzę i niepojęte bogactwo dla małej grupy “wybrańców”. Zatem na pytanie: kto dziś rządzi w krajach tzw. demokracji –wygląda na to, że odpowiedź powinna brzmieć: w dużym stopniu animatorzy mas mediów. Zaś co to ma wspólnego z demokracją? Ano, niewiele.
Jak zatem zaradzić złu, gdzie powstawiać tylko łaty w garniturku demokracji, co wyciąć a co da się tylko przyprasować.
Po pierwsze, nie zdaje egzaminu w Australii obowiązek powszechnego głosowania. Odmowa pójścia do urny też jest formą głosowania. Jak bowiem, na przykład, można było wybierać pomiędzy Kwaśniewskim a Wałęsą? Jak już to ktoś powiedział: no i jak tu wybierać pomiędzy dżumą a cholerą? Następnie, należałoby odebrać głosy ludziom skazanym za czyny kryminalne, leczącym się w klinikach psychiatrycznych, narkomanom oraz alkoholikom. Powiedziawszy to wszystko, sądzę, że trzeba by także dać tym ludziom choć jedną szansę na powrót do grona wyborców. Jak to zrobić, to już szczegóły techniczne, łatwe do zorganizowania. Natomiast wielkim skandalem jest w Australii przepis, pozwalający brać udział wyborach obcokrajowcom, w tym wypadku obywatelom Wielkiej Brytanii. Cuchnie to na kilometry kolonizacyjną polityką Anglii.
Wydaje mi się także, że zaistniała już potrzeba zróżnicowania głosów. Jest to problem niesłychanie drażliwy i w związku z tym wymagający szczególnej ostrożności. Na przykład ludzie nie płacący podatków przez, powiedzmy 12 miesięcy, traciliby prawo do głosowania. Być może należałoby “rozróżnić” obywateli na tych co nie umieją czytać i pisać oraz na tych co posiadają wyższe wykształcenie. I nie chodzi mi tu o poniżanie osób, którym los być może nie pozwolił na odpowiednie wykształcenie, na jakie prawdopodobnie zasługiwali. Chodzi mi o rozróżnienie pomiędzy analfabetą a doktorem fizyki stosowanej. Z punktu widzenia społeczeństwa oraz demokracji ma to, jak sądzę, sens, choć może być ogromnym, socjologicznym problemem.
Tak czy inaczej nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że z naszego demokratycznego garniturku trzeba pozbyć się wszystkiego, co uwiera pod pachami oraz w kroku. Potem trzeba wziąć miarę na nowe czasy i skroić nowe ubranko. Trzeba tylko uważać z rękawami, zbyt długie dają się zawiązać za plecami a wtedy znowu jakiś zboczeniec może nas wykorzystać.
Zbigniew Koreywo