Do tanga trzeba dwoje.
Znajomi ostrzegali mnie, żeby nie poruszać tematów związanych z problemami aborygeńskimi w Australii; . Nie mniej, jako felietonista nie mogę udawać, że wielbłądów na świecie nie ma skoro są, vide - zamykać oczy na głupotę, złą wolę, szachrajstwo lub próby fałszowania historii. Ślepotę moralną wolę zostawić homo correctus-politicus, w końcu bez niej byliby kompletnie nieprzydatni na tym świecie.
I tak od jakiegoś czasu zastanawiam się, co tak naprawdę kryje się za tym magicznym już w Australii słowem: "reconciliation", zakładając oczywiście, że nie są to tylko i wyłącznie pieniądze. Oczywiście, samo słowo nie jest trudne do przetłumaczenia i znaczy tyle co "zacierać różnice w procesie wzajemnej akceptacji" zwykle poprzez eliminację lub minimalizację elementów wrogich dla obu stron.
No, dobrze, ale ja, na przykład, nie widzę żadnej potrzeby "zacierania" różnic pomiędzy moją skromną osobą a resztą aborygeńskiej populacji w Australii tym bardziej, że po pierwsze i tak jest to niemożliwe a po drugie zupełnie mi one nie przeszkadzają. Różnice, ma się rozumieć. Poza tym, jakakolwiek próba niwelacji tychże różnic znaczyłaby, że któraś ze stron musiałaby pogodzić się z utratą własnej identyfikacji rasowej co, jak mi się zdaje, byłoby ćwiczeniem nie tylko złym ale i głupim. A zatem, być może zamiast zasypywać kilkutysięczny rozziew kulturowy należałoby raczej zaakceptować go jako realia dzisiejszego świata. Ja osobiście nie mam z tym najmniejszego problemu o ile moja cywilizacja będzie akceptowana w równym stopniu. Podejrzewam jednak, że tu leży pies pogrzebany, jak mawiał dozorca z mojego podwórka w Warszawie.
Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że w dzisiejszych czasach tylko samobójca może ogłosić się rasistą ale odnosi się to tylko i wyłącznie do białej populacji Australii oraz reszty świata. Z jakiegoś powodu Aborygeni nie podlegają temu prawu i mogą "oficjalnie" nienawidzić białych współmieszkańców, czemu zresztą systematycznie dają wyraz. Pamiętam, w jednej ze szkół w Perth, uczeń klasy 7 a więc dwunastolatek, publicznie lżył nauczycielkę, nazywając ją miedzy innymi "białą piz...ą". Kiedy zapytałem ją, dlaczego nie reaguje odpowiedziała, że na początku próbowała ale wezwana matka łobuza nie tylko potwierdziła synowską opinię ale w dodatku oskarżyła ją o rasizm. Nie tak dawno Charles Perkins z Aborygeńskiego Biura Prawnego zapowiedział w telewizji, że Igrzyska Olimpijskie zostaną przesłonięte dymem pożarów a ulice zamienią się w pola bitew. W jakiś czas potem potwierdził to w wywiadzie dla BBC, efektywnie kompromitując nas, Australijczyków. Co prawda w Anglii nie takie numery odchodziły ale reszta świata gotowa pomyśleć, że tu u nas prawo pozwala na świadome działanie, zmierzające do rasowej nienawiści, przemocy, awantur itd. Skąd zatem tyle agresji wśród aborygeńskich przywódców, o co im chodzi? Jak twierdzi sam pan Perkins, głównie o przeprosiny i, jak podejrzewam, zadośćuczynienie za tak zwane "Skradzione Pokolenie".
Kiedy pierwsi Europejczycy zasiedlali tereny Australii trochę ponad 200 lat temu, spotkali pewne grupy nomadów, żyjące w epoce kamienia łupanego. Tak więc różnica kulturowa na początku kontaktów międzyrasowych wynosiła około 6000 lat. W czasach kiedy trzeba było wydzierać z buszu skrawki ziemi na pola uprawne, znosić gorący klimat plus brak wody itd. mało kto miał czas i ochotę na zajmowanie się problemami Aborygenów. Dlatego rozziew pomiędzy przybyszami a rodzimymi mieszkańcami nie zmieniał się przez następne stulecie. Oficjalnie uważano, że Aborygeni nie są właścicielami ziemi tak samo jak pchły nie są właścicielami psa, na którym żyją. Poza tym były to takie czasy, które dziś uznalibyśmy za niemalże barbarzyńskie, kiedy to europejskie kobiety pozbawione były nie tylko głosu w wyborach ale odmawiano im nawet prawa do posiadania duszy. Mniej więcej wtedy właśnie w Anglii Izba Lordów wydała zarządzenie, zabraniające mężom bicie żon po godzinie 22,00 jako, że jęki nieszczęsnych zakłócały sen innym mężczyznom, którzy z codziennym trudem prania połowic uporali się wcześniej. Wtedy też na świecie kupowano i sprzedawano niewolników, dzieci masowo umierały z głodu, chłodu i chorób a przy okazji co czwarta matka przy porodzie. Uważano wówczas także, że dzikie plemiona w Afryce, Ameryce, Australii są bliższe raczej zwierzętom niż ludziom i w związku z tym traktowano je jak faunę.
Niemniej w latach trzydziestych naszego stulecia stopień wrażliwości społecznej podniósł się do tego stopnia, że rząd Australii zaczął zastanawiać się, co zrobić z nowymi problemami wśród populacji aborygeńskiej, głównie alkoholizmem oraz przestępczością. Ogólnie uważano, że w wyniku tak ogromnej śmiertelności wśród dzieci i nie tylko, niedożywienia, nadużywaniu napojów alkoholowych, chorób, nieustannych wojen międzyplemiennych itd. rdzenni Aborygeni prędzej czy później wymrą. W tej sytuacji najwyższe instancje Australii postanowiły w 1937 roku ratować dzieci zrodzone ze związków mieszanych. Stąd zresztą oficjalna nazwa kampanii "Aboriginal welfare" (opieka społeczna) Dodatkowym elementem, katalizującym przyjęte rozwiązanie był fakt, że takie dzieci nie były akceptowane wśród rdzennych Aborygenów a reszta społeczeństwa w dalszym ciągu uważała je za "dzikusów". Wobec tego założono, że tylko "ucywilizowanie" tych dzieci będzie rozsądnym wyjściem. Stąd też wzięło się zarządzenie o zabieraniu czarnym matkom dzieci białych ojców i przekazywanie ich rodzinom zastępczym. Dzieci, znaczy się, bo zwykle ojców można było szukać jak wiatru w polu. Ot, przeleciał i zniknął ale łan zazielenił się od ziarna.
Dziś wiadomo, że w wyniku tej akcji przekazano około 700 mieszanych dzieci rodzinom zastępczym.
Swojego czasu Jacek Kaczmarski napisał, że był to akt, za który Australia powinna się wstydzić do dziś. Jacek albo pomylił się w ocenie tamtych dni albo, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że pisał do Gazety Wyborczej, pisał na zamówienie i nie to co chciał ale to co "wypadało". Znając Jacka osobiście podejrzewam, że raczej to drugie i to nie pierwszy raz. Niemniej, pomijając już wszelkie inne aspekty, takie jak próba zwykłego ratowania dzieci od głodu, chorób, zaniedbania, złego traktowania przez pijanych rodziców, danie im szansy na pracę w przyszłości itd. to jeden element w ogóle jest pomijany milczeniem w tej całej aferze. Chodzi mi mianowicie o zwykłych Australijczyków, którzy poświecili swe życie na opiekę nad małymi Aborygenami, w zamian nic nie oczekując; być może tylko z wyłączeniem słowa "dziękuję". Dziś nawet tego im nikt nie mówi a Politycznie Poprawne Barany patrzą na nich jak na złoczyńców, co to czarnym matkom wyrywali niemowlęta z ramion.
Margaret Somerville była jedną z tysięcy, opiekujących się czarnymi dziećmi. A oto jej opinia na ten temat: "Nie sądzę, żebym musiała dziś przepraszać za to co się stało, ponieważ osobiście dałam z siebie wszystko, co tylko ludzka istota może dać. Przeprosiła bym te matki i dzieci aborygeńskie, które nie skorzystały na separacji. Problem w tym, że ja takich nie znam".
Szalenie istotne jest przypomnienie jeszcze raz, że tradycyjnie, plemiona aborygeńskie były zorientowane bardzo paternalistycznie, to znaczy najważniejszy był ojciec. W tym świetle dzieci zrodzone ze związku w którym brakowało aborygeńskiego ojca, pozbawione były szczepowych praw już w momencie urodzenia. Jak mówi Les Penhall, dziś na emeryturze ale w latach 40-tych odpowiedzialny za opiekę społeczną Aborygenów na Północnym Terytorium: "Oskarża się nas dziś o coś, czego nie zrobiliśmy. A myśmy wtedy tylko pracowali nad ochroną i ratowaniem życia Aborygenów." Dodaje też iż: "Na porządku dziennym było znęcanie się mężczyzny nad matką i dzieckiem tzw. pół-krwi. Dziś nikt nie chce pamiętać, że przez to bicie matki same oddawały dzieci, byle tylko uniknąć cierpienia". Jeszcze inny pracownik rządowy z tamtych czasów, Ted Milliken był zastępcą dyrektora do spraw opieki społecznej w Darwin w połowie lat pięćdziesiątych. Swoją pracę rozumiał jako niesienie pomocy dzieciom, pozostawionym samym sobie pomiędzy dwoma światami - czarnej matki i białego ojca. Jak mówi: "Niechęć do nich była tak silna, że zdarzało się, iż plemiona zostawiały dzieci pół-krwi w buszu na pewną śmierć."
Swojego czasu kanał 9 TV w programie "Sunday" zajął się tematem tzw. "Skradzionego Pokolenia". Wśród powodzi słów i obrazów znalazł się krótki wywiad z panią Marj Harris, córką Aborygenki i Irlandczyka. A oto co powiedziała pani Harris: "Moja matka, która już wcześniej miała dziecko białego mężczyzny była traktowana okrutnie przez najbliższą rodzinę i resztę plemienia, tylko dlatego, że jej dzieci były "białe". Kiedy na świat przyszedł mój braciszek, też pół-krwi, matka zaraz po urodzeniu go zabiła. Chciała zabić też mnie ale babka nie pozwoliła. Mówiła mi potem, że kiedy moja matka uderzyła mnie w głowę, zerwała się z ziemi, chwyciła mnie i wołała, że ja będę jej, że ona mnie wychowa.(...) Kiedy policjant przyjechał na koniu, żeby mnie zabrać do misjonarzy (w 1943 r.) było mi trochę smutno ale niedługo. Matki z resztą rodziny i tak już nie widziałam od dawna bo pracowali na innej farmie. Dziś nie mam powodów, żeby się skarżyć na wychowanie wśród ludzi mojego ojca. Gdyby nie to, teraz bym pewnie siedziała gdzieś nad rzeką Todd, pijana do nieprzytomności."
Dziś, gdy wszystkie media w Australii pełne są wstrząsających opowieści matek, pozbawionych dzieci lub tzw. Skradzionego Pokolenia, w detalach opisującego koszmar rozłąki, pamiętać warto i o drugiej stronie medalu. Zaś co do "reconciliation", to jak sądzę jest to termin wynaleziony na potrzeby małej grupki Aborygenów, która w ten sposób chce szantażować resztę australijskiego społeczeństwa. Ja osobiście bowiem, pewnie tak jak większość z państwa, nie mam nic przeciwko czarnym współbraciom zamieszkującym ze mną ten wspaniały kraj. Mam natomiast wiele przeciwko złodziejom, bandytom, gwałcicielom, gangsterom itd. niezależnie od koloru skóry. Wliczając w to szantażystów, chcących się obłowić na sfingowanej i rzeczywistej ludzkiej krzywdzie.
Zbyszek Koreywo