Homo Lemmus.

 

Lemmus to łacińska nazwa lemingów – małych zwierzątek, na oko podobnych nieco do szczurów choć pozbawionych długich, wijących się szczurzych ogonów. Niemniej zasadnicza różnica pomiędzy tymi dwoma gatunkami polega głównie na poziomie ich zwierzęcej inteligencji. W tej dziedzinie bowiem lemingi nie dorastają szczurom nawet do pięt – niekoniecznie, że te ostatnie są jakoś nad wyraz rozwinięte umysłowo ale w związku z tym, że w świecie fauny trudno znaleźć większe gamonie, niż te małe, puszyste ssaki.

Praktycznie biorąc, lemingi są totalnie bezbronne wobec drapieżników i jedyną ich obroną przed wyginięciem jako gatunku jest niewiarygodna wręcz zdolność rozmnażania się. Pani leming bowiem jest w stanie dostarczyć na ten świat potomstwo siedem razy w roku (średnio co 7 ˝ tygodnia) z przeciętną jedenastu małych lemingów na każde powicie. Poza tym leming potrafi się świetnie kamuflować, wtapiać w otoczenie w nadziei, że potencjalny drapieżnik najpierw zauważy kolegów i ich zje a nie jego samego.

Natomiast ta fantastyczna zdolność do reprodukcji powoduje, że lemingi znane są na świecie w związku ze zdumiewającym zachowaniem, w dużym stopniu przypominającym masowe samobójstwa, choć znawcy przedmiotu upierają się, że żadne świadome działanie nie ma tu miejsca -  jest tylko niesłychana głupota.  Tak więc, kiedy kolonia lemingów przekroczy wszelkie dopuszczalne limity populacji, w pewnym momencie następuje rodzaj wyrojenia się i tysiące małych zwierzątek zaczyna pędzić w dowolnie obranym kierunku ale zawsze razem, zwykle podążając za tymi pierwszymi. Zdarza się, że chmara lemingów trafi na jakieś sprzyjające się  osiedleniu tereny i wtedy cykl populacyjny zaczyna się od początku. Zwykle jednak stają się one najpierw ofiarami drapieżników ale znakomita większość ginie w inny, trudny do wytłumaczenia sposób. Otóż kiedy krocie lemingów napotkają na swej drodze do szczęścia przepaść, wszystkie bez wyjątku tam spadają ale zawsze razem, kolektywnie czyli zespołowo, byle tylko nie wychylić się na indywidualność. Podobnie jest z wodą – wielokrotnie obserwowano mrowia lemingów, którym się zdawało, że mogą przepłynąć w poprzek jakieś morze lub ocean – ale znowu, zawsze razem tak, jakby kolektywna śmierć była lepsza od odrębności.

I tu, jak sądzę, trzeba wrócić do tytułu niniejszego felietonu bowiem dzisiaj żyjemy w czasach, kiedy to Homo Lemmus stał się nad wyraz popularnym gatunkiem.

Mam wrażenie, że większość czytelników „Polskiego Akcentu”  zgodzi się ze mną, że obecnie daje się zauważyć nawet gołym okiem ogromny rozziew pomiędzy prawdą, która jest zawsze tylko jedna, oraz jej interpretacją, zwykle w wersji medialnej lub w oficjalnych komunikatach rządowych. Czasem rozbieżność bywa tak wielka, że aż dech w piersi zapiera a mimo to stada ludzkich lemingów przechodzą nad tym do porządku dziennego, nawet nie mrugnąwszy przy tym jednym okiem. Czy jest to tylko niewiarygodna głupota, niezdolność do rozumowania na poziomie podstawowym? Ano, bez wątpienia ale z pewnością nie tylko. Wszak lemingi są wszędzie, wśród murarzy ale i pośród naukowców, stolarze cierpią na tę dolegliwość ale także i większość lekarzy itd. itd. I tylko pomiot szatański, wiekszość zawodowych polityków wraz z pracownikami tzw. przekaziorów, wliczając w to przemysł filmowy (co zresztą często znaczy jedno i to samo) są uodpornieni na tę przypadłość ale tylko dlatego, że ich zwyrodnienie jest znacznie gorsze – wywodzi się bowiem w prostej linii od nijakiego Judasza Iskarioty.

Tak więc cechą podstawową homo lemmus jest ich intelektualny kamuflaż, akceptowanie największych nawet bzdur pod jednym warunkiem: że ten z przodu, z tyłu oraz ci po bokach też się z tym zgadzają. Nie ma bowiem dla tego podgatunku nic gorszego niż własna opinia, zdolność do niezależnego rozumowania. I ta niepohamowana tendencja do nie wyróżniania się w opiniach na rzeczywistość rodzi bardzo często agresywne postawy ludzkich gryzoni, szczególnie wtedy, kiedy stają oni przed prawdami zbyt oczywistymi. Z reguły następuje wówczas próba ośmieszenia nawet najbardziej ewidentnej prawdy albo atak na samodzielnie myślących. Tak czy inaczej na pewno zwarcie lemingowych szeregów i co najmniej towarzyski ostracyzm, tak, by za wszelką cenę odtrącić tego, który wyróżnia się w stadzie. Trzeba przyznać, że jest to broń silna bowiem z natury jesteśmy osobnikami stadnymi, najlepiej czującymi się w środku kierdla. Dlatego mam tak wiele szacunku dla tych wszystkich, którzy mają wystarczająco dużo cywilnej odwagi by nie poddawać się lemingowej presji, która to czasami może zamienić się w hydrauliczną prasę. Ale tylko dzięki takim ludziom wyszliśmy kiedyś z jaskiń, dzięki nim zbudowaliśmy najwyższą cywilizację na tej ziemi i, da Pan Bóg, wygrzebiemy się kiedyś z aktualnego dołka. 

Aliści, kiedy się nad tym dobrze zastanowić to trzeba przyznać, że towarzystwo lemingowe udowodniło na przestrzeni dziejów swą przydatność. Podobnie jak trawa, którą nie sposób wytępić, homo lemmus gwarantowali przetrwanie ludzkiego gatunku. I wszystko byłoby dobrze, gdyby tylko siły nieczyste chciały zostać tam, gdzie powinny być, gdyby nie zachciało się im naszego świata takim, jakim go znamy.

Historycznie rzecz biorąc zawsze było tak, że ktoś kogoś próbował niewolić – w ten sposób gwarantując przetrwanie własnych genów, swego narodu czy też rasy. Niemniej wszystko to odbywało się w ramach pewnych reguł i na stosunkowo ograniczoną skalę. A potem gdzieś w starej Europie narodził się  nowotwór, który najpierw powoli ale systematycznie zaczął toczyć zdrową tkankę ludzkości. Kiedy to się dokładnie stało, nie sposób powiedzieć choć większość znawców tematu wskazuje na Adama Weishaupta (1748 – 1811) jako na początek końca.

Tak czy inaczej „siły potężne aczkolwiek totalnie amoralne” doskonale zdawały sobie sprawę z liczby oraz ułomności homo lemmus i stąd był już tylko jeden krok do tragedii. Najpierw oczywiście zadbano o środki, nadające nieprzeliczonym stadom ludzkich gryzoni kierunek biegu do szczęścia. Stąd znakomita większość tzw. mediów masowych znajduje się dziś w rękach wąskiej grupy, spokrewnionych zresztą ze sobą ludzi, co pozwala pędzić wielomilionowe kierdle w dokładnie zaplanowanym kierunku. Doszło już do tego, że typowy homo lemmus wierzy tylko w to co mu „gadające głowy” powiedzą w telewizorze albo co napiszą w gazecie. No, a jak czegoś tam nie było to to coś nie istnieje i koniec, kropka, nie ma o czym nawet mówić.

 

Nota bene, ponieważ były „Tygodnik Polski” wyłamywał się systematycznie z tego formatu, tzn. między innymi publikował teksty rzetelne i w związku z tym politycznie niepoprawne, to po prostu któregoś dnia diabli go wzięli jako, że pasterze i rzeźnicy (dokładnie w tej kolejności) nie mogą sobie pozwolić na podminowywanie ich ciężkiej pracy. Swoją drogą był to swoisty komplement ze strony „sił nieczystych” bowiem nie trudzili by się przy byle pisemku, mało poczytnym albo nie wiarygodnym. Stąd już tylko jeden krok do oczywistego wniosku: przepływ informacji pomędzy myślącymi ludźmi, zdolność wzajemnego komunikowania się to problem do rozwiązania w tej chwili najistotniejszy. Rzecz w tym, że prawda zwykle broni się sama natomiast kłamstwa trzeba wymyślać ergo dobrze się nad nimi napracować.

Kiedy zaś mowa o przykładach lemingowych zachowań, to bodajże najlepszym przykładem z australijskiego podwórka była i jest Pauline Hanson. Australia, zapewne wskutek grubego błędu popełninego przez kontrolerów tego pięknego kraju, stanęła kilka lat temu przed unikalną szansą, taką, co się zdarza raz na setki lat. Mogliśmy, jako społeczeństwo, stawić czoła ZŁU gdyby tylko wiekszość z nas poparła panią Hanson w legalnych wyborach. Niemniej, z nielicznymi wyjatkami, homo lemmus australianus zostawiło ją osamotnioną, choć przecież nie dla własnej korzyści rzuciła ona rekawicę niegodziwości.

Z drugiej strony homo lemmus, choć w tej chwili gna na oślep na oczywistą rzeź, to przecież przez całe stulecia mądrzy ludzie potrafili kierować nim w taki sposób, że zdołał  zbudować wspaniałą cywilizację, skolonizować dwa wielkie kontynenty i, generalnie rzecz ujmując, zabezpieczyć przyszłość swym następcom. No, ale to były czasy, kiedy ludzkość kierowała się prostymi zasadami, które można by ująć w skrócie jako: „Bóg, Honor i Ojczyzna”. Dziś te trzy słowa, właśnie na użytek homo lemmus, są stale ośmieszane czy też wręcz karane, jak choćby miłość do swego kraju. Kiedyś był to zwykły obowiązek obywatelski, prosty patriotyzm – dziś nazywane jest to ksenofobią, nacjonalizmem, fundamentalizmem itd.

A zatem, co robić? Jak sądzę, odpowiedzi nie należy szukać wśród towarzystwa lemingowego. Jak zawsze odpowiedzialność za losy narodów, za przyszłość, w której bedą żyć i pracować nasze dzieci, spoczywa na barkach niewielu. I właśnie z tego powodu są oni naszą intelektualną arystokracją, którą trzeba chronić ze wszystkich sił. Kiedy ich zabraknie, na końcu drogi będzie już tylko albo przepaść albo rzeźniczy nóż.

 

Zbyszek Koreywo

Wróć do spisu treści