Pogadajmy o polityce.

Czas wyborów to czas podejmowania decyzji, niesłychanie istotnych z punktu widzenia każdej społeczności. Zdumiewające, jak mało osób zdaje sobie w pełni z tego sprawę. Inna sprawa, że od wielu lat partie polityczne przedstawiane są w tzw. przekaziorach czyli środkach do masowego prania szarych komórek, jako zbiorowisko chciwych kombinatorów, dbających tylko i wyłącznie o własne interesy a w dodatku nałogowych kłamców. Nie można powiedzieć, jest w tym sporo prawdy ale po pierwsze są oni stale wybierani przez tzw. społeczeństwo a po drugie nie każdy pies nazywa się Burek czyli są i uczciwi politycy. Trzeba tylko dać im szansę bycia porządnym człowiekiem. Jak to zrobić? Po prostu nie wybierać politycznych farmazonów, złodziei, kłamców co to muszą się zastanowić zanim powiedzą ci swoje imię, kombinatorów wszelkiego rodzaju i wreszcie zwykłych zdrajców, będących na usługach “sił potężnych a zarazem totalnie amoralnych”. Trudność w tym, oczywiście, żeby wiedzieć kto jest kto jako, że przekaziory od dawna pełnej i czystej prawdy w tej materii nie mówią. Niemniej, sama wiedza tego faktu może być z powodzeniem użyta, podobnie, jak to działo się w “nie świętej pamięci” PRL-u. Gazety czytać trzeba było na opak i, na przykład, jak pisali o Kowalskim, że wybitny Polak, patriota itd. od razu było wiadomo, że to niezła świnia. Podobnie jest zresztą u nas w Perth gdzie Kurier Zachodni regularnie opluwa Włodka K. i mnie – wtedy człowiekowi jakoś raźniej robi się na duszy, wiadomo, nie każdy dostaje się na tzw. łamy gadzinówki. Dlatego ja osobiście nigdy bym nie głosował na kogoś forowanego przez, powiedzmy “The Australian” a wręcz przeciwnie, tylko na tych, co są przez to pismo obsmarowywani. To samo w gruncie rzeczy odnosi się do reszty naszych angielskojęzycznych mas mediów, z nielicznymi, jak sądzę, wyjątkami. Pozostaje tylko kwestia, ilu z nas, obywateli tego wspaniałego kraju, zadaje sobie wystarczająco dużo intelektualnego trudu, by to rozumieć. Ilu z nas interesuje się sprawami dziejącymi się wokół nas, w stopniu pozwalającym na świadome i rozumne wybranie następnego rządu. A przecież jest to tak bardzo ważne, kto będzie za nas decydował o naszej przyszłości. Swego czasu, Australijczycy upierali się, żeby Partia Pracy rządziła, w wyniku czego niejaki Paul Keating pozwalał sobie na monetarne eksperymenty. W rezultacie stopa oprocentowania skoczyła do 17,5% i naprawdę wielu ludzi straciło swe domy, bo nie byli w stanie ich utrzymać. Ci, co się zaparli i płacili niewiarygodny wręcz haracz bankom, obniżali stopę życiową, rezygnując z wielu przyjemności lub z opłat za prywatne szkoły dla swych dzieci. Z jakiegoś powodu media wtedy unikały na ogół informacji o samobójstwach farmerów, doprowadzonych idiotyczną polityką monetarną do granic ludzkiej wytrzymałości. A przecież stało się tak tylko dlatego, że większość z nas wybrała na premiera finansowego dyletanta, w dodatku z aparycją pogrzebowego przedsiębiorcy. Ano, Vox populi - vox Dei, czyli głos ludu znaczy tyle co głos Boga i dźwięczy w tym echo starożytnych Greków, którzy w swej mądrości dobrze wiedzieli, co będzie dla ich kraju dobre a co nie. Natomiast czego nie mogli przewidzieć, to tego, że za dwa i pół tysiąca lat powstaną media masowe. Jak i tego, że zostaną one opanowane tylko przez jedną grupę ludzi, wyznającą te same zasady moralne, bądź, jak chce tego mój koleś – znany cynik i prześmiewca - kompletnie pozbawionych zasad etycznych. Dlatego kiedyś pisałem felietony o “Powycieranej demokracji”, gdzie dowodziłem, iż ten system wyborczy dziś zwyrodniał i stracił swą cudowną moc. Czas, jaki upłynął od tamtych felietonów, tylko wzmocnił we mnie przekonanie, że nie myliłem się w ocenie dzisiejszej demokracji.

Niemniej, Australia jest w szczególnie dobrej sytuacji politycznej, jako, że istnieje tu “One Nation” z Pauliną Hanson na czele. Nie wiem, czy wszyscy zdają sobie sprawę z wyjątkowości tej sytuacji ale jest ona wręcz unikalna na skalę światową. Z tego co wiem, oprócz nas tylko Austria dorobiła się podobnej partii politycznej, w której czarne jest czarne, czerwone jest czerwone a białe też jest białe. Jak bowiem wiadomo, nie jest dziś łatwo o polityka, który odważyłby się nazywać rzeczy po imieniu. Wie coś o tym też i p. Hanson, którą ostatnio policja stanu Quennsland ciąga po sądach, pod pozorem zdefraudowania rządowych funduszy. Chodzi o to, że ponoć “One Nation” nie została właściwie zarejestrowana jako partia polityczna i w związku z tym otrzymała dotacje bezprawnie. Natomiast w moim głębokim przekonaniu chodzi tu tylko i wyłącznie o polityczną zemstę gdzie każdy pretekst jest dobry. To, że “One Nation” jest partią polityczną każdy wie. W dodatku w ciągu trzech lat osiągnęła ona status trzeciej siły politycznej w tym kraju i to pomimo wyjątkowo obrzydliwej kampanii propagandowej wszystkich bez wyjątku przekaziorów. Świadczy to tylko dobrze o Australijczykach, o tym, że nie wszyscy dali się otumanić i wciąż używają własne głowy zamiast słuchać niewiarygodnych wręcz bredni, przekłamań i fałszowania nawet najbardziej oczywistych spraw.

Z "One Nation” zetknąłem się po raz pierwszy w 1997 roku, kiedy to do rąk moich trafiła notatka prasowa p. Hanson. Trzeba przyznać, że ta krótka informacja natychmiast podbiła nie tylko moje serce ale i rozum, co nie zdarza się w moim życiu zbyt często. A chodziło o to, że w jednym z przeszkoli Południowej Australii zabroniono Świętemu Mikołajowi, jak zwykle o tej porze roku, przynieść dzieciom prezenty z okazji Bożego Narodzenia. Powodem tej drastycznej decyzji był protest przedstawiciela Muzułmanów, który nie życzył sobie, by jego dziecko miało jakikolwiek kontakt z religią chrześcijańską. Na tak brutalne pogwałcenie naszych tradycji cywilizacyjnych zareagowała tylko p. Paulina Hanson. W oświadczeniu prasowym napisała, że przybysze z innych krajów powinni być wdzięczni Australii za to, że zostali przygarnięci i przynajmniej zaakceptować panujące tu zwyczaje. O ile trudno im się z tym pogodzić, zawsze mogą wrócić do krajów swego urodzenia, nikt ich tu przecież siłą nie trzyma. Podnosiła też kwestię Politycznie Poprawnych kół, które tylko czekają na takie okazje, by podgryzać nasze dziedzictwo kulturowe, w zamian oferując mieszaninę libertynizmu, przymusowej tolerancji, relatywizm moralny itd. Na koniec zaś oświadczyła, że nie będzie spokojnie przyglądać się jak Australia zamienia się w państwo wielonarodowościowe, coraz bardziej przypominające te kraje, skąd tyle ludzi próbuje uciec.

Nic dodać nic ująć, chciałoby się powiedzieć, trafione w dychę i to z dużej odległości. W jakiś czas potem przeczytałem następne oświadczenie prasowe p. Pauliny, po którym już wiedziałem, że stała się ona moja polityczną panią. Tym razem nawoływała ona do deportacji wszystkich imigrantów, którzy na naszej ziemi dopuścili się czynów kryminalnych przed przyjęciem obywatelstwa australijskiego. Wiem też, że okres oczekiwania na obywatelstwo “One Nation” proponuje wydłużyć co najmniej do pięciu lat. I znowu, cóż za doskonały pomysł. Nie tylko by było znacznie mniej przestępstw ale i nie musielibyśmy łożyć na utrzymywanie obcych bandytów, wszak mamy wystarczająco dużo swoich własnych. No, tego to już Politycznie Poprawni gangsterzy znieść nie mogli. Paulina Hanson z dnia na dzień stała się rasistowską faszystką i do walki ze zdrowym rozsądkiem zaprzężono Aborygenów, Azjatów, pederastów, lesbijki, związki zawodowe itd. plus całą socjalistyczną hołotę, której po nocach wciąż się śni Marks z Leninem wraz z nieograniczonym dostępem do koryta.

Kiedy w 1997 roku p. Paulina zareagowała na kryzys w Indonezji wezwaniem, by ewentualną pomoc uzależnić od wycofania sił wojskowych tego kraju ze Wschodniego Timoru, nasz ukochany wódz, J. Howard oświadczył, iż “program polityczny “One Nation” jest wyjątkowo nieudolny a sama pani Hanson gada od rzeczy. No i spójrzcie państwo, trzy lata później ten sam wódz Australii wysyłał naszą armię, by wyzwalała Timor spod Indonezyjskiej okupacji. No i kto tu wyszedł na głupka, chciałoby się zapytać.

Podobnie zresztą było z nielegalnymi imigrantami. Już dwa lata temu p. Hanson wołała o usztywnienie aktów prawnych w tej materii, ostrzegając, że każdy dzień zwłoki nie tylko kosztuje nas miliony dolarów ale i stwarza wrażenie, że Australia jest krajem otwartym na nieograniczony napływ rzesz ludzkich z całej Azji. W rezultacie takiego stanowiska australijscy politycy, media, organizacje charytatywne itd. wylewały jej na głowę kubły pomyj. Jeszcze nie tak dawno, coś ze dwa miesiące wstecz, w programie “60 Minutes”, pod pozorem wywiadu z p. Pauliną, prowadziła monolog wyjątkowo wstrętna baba, o nazwisku Ellen Sanning. Patrząc na to żenujące widowisko, gdzie Sanning obrażała szefową “One Nation”, przerywała jej wpół słowa, nie pozwalała na wypowiedzenie się – miałem wrażenie, że ta tzw. dziennikarka urodziła się w złym kraju. W Sowietach zapewne zrobiłaby oszałamiającą karierę, nie mówiąc już o Kubie i Północnej Korei. W dodatku głównie chodziło o nielegalnych imigrantów i Ellen Sanning oskarżała p. Hanson o brak tolerancji, niezrozumienie problemów Środkowej Azji itd. Jednocześnie to okropne babsko sugerowało, że Australia powinna zaakceptować wszystkich, co tylko zechcą do nas dopłynąć lub dolecieć. Dziś, po usztywnieniu strategii w tym zakresie przez rząd federalny, okazało się, że to jednak p. Paulina miała rację. Tylko gdzie jest dziś E. Sanning i kto ma być jej następną ofiarą.

Natomiast mówiąc o Partiach Pracy oraz Liberalnej, to wbrew pozorom, nie ma pomiędzy nimi zasadniczych różnic. Obie te partie chodzą na krótkiej smyczy Politycznej Poprawności czyli wykonują polecenia “sił potężnych a zarazem totalnie amoralnych”. Co prawda zdarzyło się raz, że J. Howard oświadczył, iż nie wszyscy muszą być politycznie poprawni, jeśli tego nie chcą ale było to dawno temu i nigdy potem nie zostało powtórzone. Oczywiście, z dwojga złego wolę Partię Liberalną, jako, że pod jej kierownictwem proces rozkładu cywilizacyjnego nieco się opóźni. Nie ulega bowiem wątpliwości, że to w tej partii znaleźć można jeszcze resztki ludzi ideowych, którzy swą pracę traktują jako służbę narodowi.

Z drugiej strony Partie Pracy na całym świecie charakteryzują się tym, że jak dotąd nie zrobiły oszałamiającej kariery na polu gospodarczym. Za to w zakresie ideowym notowały szereg spektakularnych sukcesów, o co już się postarało lewe, czerwone jak ręce Stalina, skrzydło. Pamiętam, w połowie lat siedemdziesiątych, bywałem na tzw. saksach w Szwecji, dorabiając do chudego stypendium studenckiego. Kraj ten był wtedy bardzo zamożny, jednolity oraz pozbawiony większych problemów kryminalnych. Wszystko to się zmieniło, kiedy mas media przekonały szwedzkich obywateli, że trzeba wybrać na wpół socjalistyczny rząd Olofa Palme. Podobnie było w byłych Niemcach Zachodnich. Kiedy socjalista Willy Brandt (prawdziwe nazwisko Karl H. Frahm) obejmował stanowisko kanclerza w 1969 roku, Niemcy były krajem bardzo zamożnym. Kiedy w atmosferze skandalu opuszczał fotel w 1974 roku, zadłużenie kraju przekraczało 65 miliardów marek. Takich przykładów można by mnożyć bez liku i jest rzeczą oczywistą, że Partie Pracy mają niejako wpisaną porażkę finansową w swój program, gdzie rozdawanie pieniędzy na lewo i prawo jest wymuszane względami politycznymi. W dodatku partie te mają to do siebie, że oprócz smyczy Politycznej Poprawności maja też założony kaganiec Związków Zawodowych, jak zawsze skomunizowanych oraz spenetrowanych przez mafijne grupy.

Natomiast prawdziwym rakiem na australijskim organizmie jest Partia Zielonych, pod przewodnictwem niejakiego B. Browna. Swojego czasu chodziły słuchy, iż pomysłodawcy tej organizacji politycznej, zasiadający wtedy w moskiewskiej Łubiance, sami byli zdumieni skalą swego sukcesu. Tak czy inaczej, jak widzę zimna gębę Browna w moim telewizorze, to wołam dzieci, by popatrzyły sobie na klasyczną twarz zdrajcy. Senator z Tasmanii bowiem spędził wiele czasu na wyrugowanie prawa trzech wykroczeń w Północnym Terytorium, co jest o tyle logiczne, że on sam tam nie mieszka. Poza tym jest zwolennikiem zalegalizowania marihuany, choć już wszyscy wiedzą o związkach pomiędzy tym narkotykiem a przestępczością, szerokiego otwarcia na Azję australijskich wrót oraz szeregu innych bzdur, które w krótkim czasie byłyby w stanie doprowadzić każdy kraj na krawędź przepaści. Muszę się przyznać, że do dziś nie pojmuję, jak taki człowiek, ewidentnie szkodliwy dla nas wszystkich, może być senatorem i pobierać wysoka pensję z naszej, czyli podatników, kieszeni.

Tak więc w niedzielę 10 listopada dowiemy się dwóch rzeczy. Po pierwsze kto będzie nami rządził przez następną kadencję oraz jaki jest stan świadomości społecznej australijskiego społeczeństwa. Stara prawda powiada, że każdy kraj ma taki rząd na jaki zasługuje i jest w tym trochę prawdy. Rzecz tylko w tym, że ostatnio na świecie dzieje się tak, że wybierać można tylko pomiędzy syfilisem a tryprem. Dlatego tak bardzo unikalne jest zjawisko “One Nation”.

Warto jeszcze dodać, że w 1998 roku jedno z pism żydowskich w tym kraju opublikowało nazwiska 2 tysięcy członków partii pani Hanson, przedstawiając ich jako neonazistów, rencistów oraz imigrantów. Ja osobiście zaliczam się do tej ostatniej kategorii i bardzo proszę w/w pismo o dołączenie mojego nazwiska do listy zwolenników “One Nation”, jako, że z całą pewnością będę na tę partie głosował 10 listopada.

Zbyszek Koreywo

Wróć do spisu treści