Sekrety Bliskiego Wschodu.
Shimon Peres, były premier Izraela a obecnie minister spraw zagranicznych, jest autorem zupełnie nowej koncepcji filozoficznej w polityce. Otóż na pytanie dziennikarzy, kiedy zamierza w końcu wydać zgodę na przeprowadzenie w Jenin, obozie dla uchodźców palestyńskich, dochodzenia w sprawie ludobójstwa odpowiedział, że nigdy, bowiem w ogóle nie ma problemu, jako, że żadna masakra nie miała tam miejsca. Koniec, kropka, nic się nie stało to i nie ma czego sprawdzać. No dobrze, chciałoby się powiedzieć, skoro nie było rzezi Palestyńczyków to tym bardziej nie ma się czego obawiać ze strony międzynarodowej komisji i jak najszybciej udowodnić światu, że to tylko wstrętni antysemici rozsiewają takie ponure plotki. Ale nie, wygląda na to, że albo trzeba, wbrew logice, wierzyć panu ministrowi na słowo albo zgodnie z logiką uznać, że armia izraelska dopuściła się ludobójstwa w Jenin. Ja osobiście wolę rozwiązania logiczne, przynajmniej nie mam problemu z gapieniem się na swą gębę w czasie golenia.
Z kolei oficjalny rzecznik rządu Izraela zareagował oburzeniem; że to skandal, żeby powtarzać takie oszczerstwo, poczym obraził się na cały świat. W związku z tym oświadczył zresztą, że żadnych inspekcji Jenin nie będzie, bo reszta świata nie chce być obiektywna.
A tak naprawdę, to chyba najbardziej wiarygodny okazał się Yarden Vatikai, doradca ministra obrony Izraela, który oświadczył, że Izrael odmawia kooperacji ponieważ Organizacja Narodów Zjednoczonych nie zapewniła nietykalności tym wszystkim, którzy mogą być wezwani do złożenia zeznań. A że byłoby o czym zeznawać, niech świadczą słowa Terje Roed-Larsena, przedstawiciela Narodów Zjednoczonych, któremu udało się przedostać do miejsca zbrodni: “ruina Jenin, dokonana przez żydowskie czołgi, helikoptery bojowe oraz ciężkie buldożery jak i fetor rozkładających się ciał jest poza ludzkim wyobrażeniem. Izrael stracił w tym konflikcie jakiekolwiek podstawy moralne”.
A tak przy okazji, skoro już jesteśmy przy temacie zbrodniczej eksterminacji. Swego czasu pan Grunfeld, na łamach Typola zapytywał, zresztą całkiem słusznie: jak można dopuścić do palenia dzieci? Okazuje się, że historia ciągle dopisuje podobne pytania. Jak można zasypywać żywcem dzieci w piwnicach ich własnych domów, jak to się stało w Janine? Jak można w ogóle strzelać z broni maszynowej do dzieci? Czy fakt, że są to mali Palestyńczycy, ma jakiekolwiek znaczenie?
Zaś co do sekretów Bliskiego Wschodu, to jako pierwszy przykład chciałbym przytoczyć śmierć 12 – letniego Mohammada Aldura. Na początku października 2000 roku został on zastrzelony przez żydowskich żołnierzy na ulicy małego miasteczka Netzarim, w Gazie. Fakt ten jest zresztą powszednie znany, bowiem komuś udało się uchwycić moment śmierci małego Mohammada na taśmie video i w związku z tym Internauci na całym świecie mogli na własne oczy się przekonać do czego są zdolni bandyci. Tak więc nie jest to tajemnica, tym bardziej, że w związku z tak oczywistymi dowodami zabrał głos izraelski generał Yomtow Samia, oświadczając, że jest mu przykro, że taki incydent miał miejsce. Dorzucił jednocześnie, że wina leży także po stronie ojca małej ofiary, Jamala, bowiem wraz z synem był on częścią tłumu, który rzucał kamieniami w izraelskich żołnierzy. Następnie generał Samia oznajmił, iż jego wojownicy zaprzestali ognia w momencie, kiedy zorientowali się, że wśród ruchomych celów znajduje się także mały chłopiec.
I tu przechodzimy do sekretów a także oczywistych kłamstw. Jak twierdzi sam Jamal, w dniu tragedii wracał z synem od sprzedawcy używanych samochodów i kiedy wybuchła strzelanina, znalazł się pomiędzy dwoma stronami. Tak więc nie było go ani po stronie rzucających kamieniami palestyńskich wyrostków ani po stronie izraelskich czołgów. Poza tym, kiedy kule karabinowe rozrywały drobne ciało Mohammada, Jamal wył z rozpaczy, wołając: “moje dziecko umiera, nie strzelajcie”. Mimo to, kule z broni maszynowej nie przestawały wybijać dziur w murze, pod którym się schronili. Jamal Aldur, który tylko cudem przeżył aczkolwiek ciężko ranny, znacznie później w szpitalu mówił, że ostrzeliwano ich przez co najmniej następne 5 minut, nawet wtedy, kiedy Muhammad nie dawał już znaków życia. Jest faktem także i to, że żydowscy żołnierze zastrzelili wtedy także sanitariusza oraz palestyńskiego policjanta, którzy śpieszyli z pomocą ojcu i dziecku. Ci dwoje bohaterscy ludzie zapłacili życiem za odruch człowieczeństwa. No, ale o tym to już światowe przekaziory raczej nie mówiły. W jakim bowiem świetle mogłoby to przedstawić izraelskiego generała? Co prawda, jeśli już chodzi o przekaziory, to czasem się zastanawiam, czy przypadkiem nie są one antysemickie? Jak bowiem można inaczej patrzeć na takie oto obrazki; w którymś wydaniu, zdaje się
60 Minutes, pokazano Ariela Sharona, jakby nie było głowa państwa, który z kamienną twarzą oświadczył, że Izrael nie jest odpowiedzialny za aktualną wojnę z Palestyną. A któż to, jak nie sam Sharon wlazł w butach i w otoczeniu silnego oddziału żołnierzy izraelskich w październiku dwa lata temu do jednego z meczetów Palestyny, bezczeszcząc tym samym ich święte miejsce. Przecież to była świadomie przeprowadzona prowokacja, mająca zapewnić Sharonowi fotel premiera na fali gniewu muzułmanów. I to wtedy właśnie rozpoczęła się ta wojna, która raz na zawsze okryła hańbą gwiazdę Dawida. Tak więc pokazywanie głowy państwa Izrael jak kłamie nie mrugnąwszy przy tym okiem, jest moim zdaniem, działaniem wybitnie antysemickim o czym pragnę powiadomić wszystkie, politycznie poprawne, władze. Poza tym należy wyrzucić na bruk cenzora kanału 9 za brak czujności.Natomiast wracając do sekretów Bliskiego Wschodu, to nie jestem pewien ilu czytelników Typola wie o tym, że w 1967 roku izraelskie samoloty oraz kutry torpedowe usiłowały zatopić amerykański okręt wywiadowczy USS Liberty.
Cała ta historia jest otoczona kokonem tajemnicy i żadne przekaziory nie ważą się choćby półgębkiem o niej wspomnieć. To tak w związku z tym co napisałem o cenzorze kanału 9. Niby nie ma a ja wiem, że jest. Choćby tylko w głowach żurnalistów ale jest. Trzeba przyznać, że tym razem “siły potężne a zarazem całkowicie amoralne” urządziły się znacznie sprytniej. Kiedyś, za komuny, w barakach obozu socjalistycznego był urząd cenzora i referenci; literatura, słowa poety czy satyryka, piosenki, wykłady i w ogóle cokolwiek publicznego musiało najpierw przejść przez sito cenzury. Wszystko było jasne, tam oni, tu my – tam czerwone a tu białe, człowiek przynajmniej wiedział, kto skurwiel a kto porządny chłop. A teraz jakieś to wszystko zamazane, niby wolność słowa a i tak prawdy doszukiwać się trzeba poza zasięgiem światowych przekaziorów. No i tak jest właśnie z USS Liberty.
A prawda o tamtym tragicznym, dla wielu amerykańskich marynarzy, wydarzeniu wygląda następująco.
8 czerwca 1967 roku, w czwartym dniu Wojny Sześciodniowej pomiędzy Izraelem a państwami arabskimi, USS Liberty, okręt wywiadowczy marynarki wojennej USA, znajdował się na wodach ex-terytorialnych Morza Śródlądowego, na wysokości wzgórz Golan. Od samego rana okręt był pod stałą obserwacją izraelskich samolotów, a niektóre z nich latały tak nisko, że marynarze i piloci wymieniali przyjacielskie gesty rąk. Trwało to około 7 godzin, przy bezchmurnej, czystej pogodzie, z wiatrem w granicach 12 węzłów (około 24 km/godz), który trzepotał na rufie wielką flagę Stanów Zjednoczonych. Nagle, o godzinie 14, zjawił się nie oznakowany samolot bojowy
Mirage i bez ostrzeżenia rozpoczął bombardowanie USS Liberty rakietami. Pierwsze z nich wymierzone zostały w jedyne uzbrojenie okrętu, działka przeciwlotnicze. Za 15 minut pojawiły się inne samoloty i rozpoczęły zrzucanie na okręt kanistrów z napalmem. Ten nalot trwał przez około 15 minut, kiedy do akcji przystąpiły kutry torpedowe. W sumie wystrzeliły pięć torped ale tylko jedna z nich odnalazła cel, wyrywając w środku okrętu ponad 12 metrową dziurę. Od wybuchu torpedy zginęło natychmiast 25 amerykańskich marynarzy. Od tego momentu izraelskie łodzie rozpoczęły systematycznie krążyć wokół USS Liberty, strzelając do wszystkiego, co tylko ruszało się w wodzie lub na pokładzie. Kiedy amerykańscy marynarze, obawiając się, że okręt zatonie, zrzucili do wody szalupy i tratwy ratunkowe, natychmiast stały się one celem skoncentrowanego ognia z ciężkich karabinów maszynowych. W rezultacie sprzęt ratunkowy zamienił się we frędzle i drzazgi, niezdolne uratować życie choćby jednej osobie. Do tego też czasu nie żyło już 34 marynarzy, amerykańskich obywateli, kraju, który zawsze wspierał Izrael i który najprawdopodobniej zapłacił za samoloty bojowe, kutry i amunicję zużytą w ataku.Po rozstrzelaniu na wodzie sprzętu ratunkowego, izraelskie łodzie bojowe odpłynęły, prawdopodobnie, jak sądzi jeden z amerykańskich oficerów, czekając aż Liberty zatonie. Ta jednak okazała się nad wyraz wytrzymała i wbrew wszelkim przeciwnością wciąż utrzymywała się na wodzie. Wtedy też nastąpił raptowny zwrot w ogólnej sytuacji, bowiem po około 75 minutach łodzie torpedowe powróciły, uprzejmie pytając się czy USS Liberty potrzebuje pomocy. Zgodnie z zeznaniami świadków, kilku amerykańskich marynarzy w odpowiedzi pokazało im tylko wyprostowany środkowy palec.
Sam atak na amerykański okręt wywiadowczy był dla załogi wystarczająco dużym szokiem. Niemniej przeżyli jeszcze większy kiedy dowiedzieli się, jak na ten incydent zareagowała administracja Stanów Zjednoczonych. Otóż już w pierwszych minutach ataku, praktycznie bezbronna USS Liberty, zgodnie z logiką, wezwała przez radio pomoc Szóstej Floty, znajdującej się na terenie Morza Śródlądowego. Na wezwanie ginących kamratów natychmiast zareagował kapitan lotniskowca USS Saratoga. Nie czekając na instrukcje, niezwłocznie zawrócił swój okręt pod wiatr a piloci myśliwców już biegli do swych maszyn by dopaść wroga, który ośmielił się w biały dzień zaatakować Liberty. Zanim jednak myśliwce z amerykańskimi godłami na skrzydłach osiągnęły cel, z Waszyngtonu nadszedł gwałtowny rozkaz, by je natychmiast odwołać. Ponoć załoga Saratogi nie mogła wpierw uwierzyć w autentyczność rozkazu; sam admirał Geis, głównodowodzący szóstą Flotą połączył się telefonicznie z Białym Domem po to tylko, żeby uzyskać potwierdzenie rozkazu. Zostawić USS Liberty samej sobie, co tam kilkudziesięciu zabitych czy zdemolowany okręt – taki był sens instrukcji z Waszyngtonu a według słów samego prezydenta Lyndon Johnsona,: “nie będę dla niej kompromitować izraelskie
go sojusznika."I nie do wiary ale USS Liberty została osierocona, w końcu żołnierze są od tego, żeby wykonywać rozkazy.
Pytanie oczywiście brzmi: dlaczego Izrael, sojusznik USA, zaatakował Liberty. I zaiste, w szczątkowym dochodzeniu, takie pytanie zadawali reprezentanci żydowscy utrzymując, że cała ta historia jest wynikiem tragicznej pomyłki. Ponoć piloci, przez 7 godzin latający nad amerykańskim okrętem pomylili go z 40 - letnim egipskim frachtowcem El Quseir, służącym zresztą do przewozu koni. Natomiast fakt, że na rufie była amerykańska flaga, że pokład oraz burty oznakowane były wielkimi literami w języku angielskim – GTR5; że egipski frachtowiec kilka lat wcześniej został wycofany ze służby; że kutry torpedowe podpływały na odległość 15 metrów, żeby popatrzeć na oznakowanie okrętu; i że w końcu, w momencie rozpoczęcia ataku amerykańscy radiotelegrafiści rozpoczęli wysyłanie sygnałów identyfikacyjnych, nawet wtedy, kiedy ich kabina stała już w ogniu od napalmu – jakoś nie trafiał do przekonania tak izraelskim jak i amerykańskim “badaczom” tego tragicznego zajścia.
Zaś co do
"Sekretów Bliskiego Wschodu", to sam fakt zaatakowania USS Liberty przez izraelskie siły zbrojne nie jest tajemnicą. Cała ta historia została opisana w książce Jim Ennesa, oficera okrętu, jest sporo internatowych publikacji - wystarczy w dowolną wyszukiwarkę (search engine) wpisać “USS Liberty”. Niemniej mgłą tajemnicy okryte są motywy ataku. I one właśnie są tymi sekretami, które, moim zdaniem, trzeba wyjaśniać, o ile chcemy zrozumieć co się wokół nas dzieje.Po pierwsze, wciąż moim zdaniem, retoryczne pytanie, zadawane przez przedstawicieli administracji żydowskiej: “dlaczego Izrael miałby ryzykować przyjazne stosunki ze swoim najważniejszym sojusznikiem, Stanami Zjednoczonymi” nie bardzo ma sens. Jak bowiem sądzę, rząd Izraela doskonale wiedział, że niczym nie ryzykuje -
vide postawa prezydenta L. Johnsona, który na sama wiadomość, że amerykańskie myśliwce mogą przetrzepać skórę żydowskim żołnierzom, dostał ponoć silnego rozwolnienia ze strachu.Po drugie, warto pamiętać i o tym, że według orędzia Kongresu Stanów Zjednoczonych z maja 1967 roku, zobowiązywał się on do popierania politycznej oraz terytorialnej niezależności krajów położonych w rejonie Bliskiego Wschodu. Tak więc powaga USA byłaby co najmniej narażona na pośmiewisko gdyby okazało się, że to właśnie Izrael jest agresorem w tej wojnie. Być może atak na USS Liberty miał za zadanie ukrycie takiego stanu rzeczy bowiem wiadomo, że kiedy Jordan zaakceptował, wynegocjowane przez ONZ, zawieszenie broni 7 czerwca, armia izraelska dalej kontynuowała natarcie. 8 czerwca Zjednoczone Emiraty i nieco później Syria (dokładnie o godzinie 5:20 rano) uznały się za pobite i zaakceptowały to samo zawieszenie broni co Jordania. Niemniej o godzinie 11:30 tego dnia Izrael przekroczył granice z Syrią, efektywnie gwałcąc rezultaty pertraktacji ONZ. I trzeba pamiętać, że elektroniczne urządzenia nasłuchu radiowego Liberty z łatwością mogły to potwierdzić.
Po trzecie wreszcie, nawet prasa izraelska informowała swych czytelników, że podczas Wojny Sześciodniowej, armia izraelska zamieszana była w masowe morderstwa egipskich oficerów. Są poszlaki, że w ten sposób zginęło około 1000 arabskich żołnierzy. Nie kto inny zresztą tylko żydowski historyk Gabby Bron pisał na łamach
Yediot Ahronot, że był naocznym świadkiem takich morderstw na lotnisku El Arish. Najpierw kazano arabskim więźniom wykopać dół, potem krótkimi seriami z Uzi ich zabijano. G. Bron twierdzi, że widział co najmniej 10 takich egzekucji, zanim izraelski pułkownik go przepędził, przy okazji grożąc pistoletem. A USS Liberty była tylko 13 mil od El Arish ….
Zbyszek Koreywo