SPRAWA NIEJAKICH "S".
Działo się to dawno temu, pod koniec lat 80, kiedy to pracowałem w biurze handlu nieruchomościami w Padbury, w Zachodniej Australii. Trzeba wiedzieć, że Padbury jest to jedna z wielu dzielnic miasta Perth, położona po północnej stronie i około 2 km od Oceanu Indyjskiego. Jak by powiedział typowy Australijczyk: -“5 minut jazdy od Oceanu” jako, że tu odległości nie określa się w kilometrach tylko w czasie. Tam też zbudowałem nasz pierwszy dom i było tak, że do pracy można było dorzucić beretem. Padbury było dzielnicą “Białych kołnierzyków” a to znaczy, że większość mieszkańców do pracy zakładała białe koszule. Urzędnicy bankowi i miejscy, księgowi, inżynierzy, startujący adwokaci i lekarze, nauczyciele, sprzedawcy itd. stanowili gros domowników. Co nie znaczy, że nie było tam i tu obiboków, żyjących na państwowym wikcie i opierunku. Były też dwa domy, zamieszkałe przez Aborygenów. Takie posiadłości łatwo można było rozpoznać, głównie przez zaniedbane fronty, walające się śmieci, wyschniętą trawę itd. Jeden z nich był zaraz obok domku moich znajomych, Agaty i Mietka J. Nieraz mi opowiadali, jak to pijana Aborygenka dobijała się do ich drzwi, próbując wyłudzić 10 dolarów. Jakoś przypominało mi to zawsze mojego ciecia z ulicy Poznańskiej w Warszawie. On też czasem wysyłał swoją, posiniaczoną na twarzy, kobietę do mnie, z prośbą o 100 złotych.
Tak więc dzielnica była dobrej, średniej klasy, choć z tego co wiem, obecnie powoli stacza się w kierunku “Niebieskich Kołnierzyków”. Taka bowiem zamieszkiwana jest przez ludzi pracujących fizycznie. Murarze, stolarze, hydraulicy, niewykwalifikowani itd. I choć zwykle fizyczni fachowcy zarabiają więcej od np. urzędników, status ich dzielnicy jest niższy. Ma to oczywiście związek z kulturą osobistą, ilością piwa, wypijanego podczas gorących dni, stałymi interwencjami policji w domowych kłótniach itd.
Tak więc prawie po dwuletnim pobycie w Australii, zapisałem się na kurs agentów handlu nieruchomościami. Na egzaminie pozwolono mi posługiwać się słownikiem Polsko-Australijskim, bez którego nie miałbym żadnych szans. Kiedy, po kilku dniach, przysłano mi papier z pozytywną oceną testów, doznałem lekkiego szoku. Okazało się bowiem, że w Australii można zostać agentem nieruchomości z bardzo kiepską znajomością języka angielskiego.
Pamiętam, że pierwszy kontrakt na sprzedaż domu napisałem w większości po Polsku, w jedynym języku, jaki znałem w piśmie. Ciekawe, że przeszedł on bez najmniejszych problemów choć później, kiedy pisałem już dokumenty poprawnie, w stylu prawniczym, nie raz zdarzały się poważne trudności.
Pewną pociechą na początku mojej pracy był fakt, że szefem biura był Polak. Paweł B. syn właściciela tzw. prywatnej inicjatywy z Łodzi miał niesamowity pęd do finansowych sukcesów. Oczko w głowie mamy, która jest typowym postrachem wszystkich żon na całym świecie. Nie ma bowiem dla takiej mamy kobiety, która by zasługiwała na łóżko kochanego synka.
Innym ewenementem biura był Bernard S. Szwajcar, który porozumiewał się z klientami głównie po Francusku. Bernard potrafił stworzyć wokół siebie taką atmosferę, w której jego klienci nie odważali się domagać rozmowy w ich rodzimym języku. Tak jakby nieznajomość Francuskiego była czymś wyjątkowo wstydliwym, tak jak rasizm albo antysemityzm. Do dziś jestem głęboko przekonany, że Bernard był prekursorem Politycznej Poprawności. Niezwykle bezwzględny w interesach, pogardzał słabymi i jeżeli szukał towarzystwa to tylko wśród ludzi sukcesu, choć z natury był samotnikiem. Mówiono o nim, że jest milionerem i że zbił majątek na handlu bronią. Mówiono też, że musi siedzieć w Australii 5 lat, do czasu, aż Szwajcarskie prawo przestanie się nim interesować, ze względu na przedawnienie. Bernard był jednym z najlepszych agentów handlu domami w Perth.
Był też w biurze Kanadyjczyk – pucołowaty Chris, który wiecznie obrażał się na byle kogo i o byle co. Kiedyś oburzył się na Mary H. ponieważ uznał, że skoro zrobił jej kawę rano, ona powinna zrewanżować się czymś podobnym po południu. Mary nigdy nie zrozumiała, dlaczego Chris przestał się do niej odzywać.
Przez jakiś czas pracował z nami też jeszcze inny Polak, Marek P. Zupełnie bez poczucia taktu, z manierami stangreta – nigdy nie pojął, dlaczego był tak bardzo niepopularny. A o uznanie innych zabiegał jak mało kto.
Tak czy inaczej, Linda E. jedna z nielicznych, urodzonych w Australii osób pracujących z nami, często złośliwie odpowiadała na telefony do firmy:
-“Wielokulturowe biuro handlu nieruchomościami, w czym Ci mogę pomóc”.
Dziś Linda jest moja żoną i kiedy chcę ją zdenerwować, mówię jej, że od jutra zmieniamy nazwisko na : “ Brzęczyszczykiewicz”. Choć jesteśmy razem od kilku lat, nieodmiennie ślepia robią jej się kwadratowe.
Mijał czas i mój angielski zdecydowanie się poprawiał. Coraz lepiej też dawałem sobie radę w interesach. Doszło nawet do tego, że na corocznym balu, wydawanym przez właściciela firmy, wręczono mi specjalną nagrodę "Rooki of the year". Wyróżnienie takie dostaje agent, który w pierwszym roku swej pracy osiągnie najwyższe obroty. Do dziś mam ogromną, srebrną tacę, odpowiednio wygrawerowaną. Trzeba około litra specjalnego roztworu, żeby to wyczyścić.
Jednym z najbardziej ciekawych elementów pracy w pośrednictwie nieruchomościami jest kontakt ze stosunkowo znaczną gromadą ludzi i to niemalże każdego dnia. Miejsce szczególne zajmują Azjaci i Polacy. Ci pierwsi nigdy ci nie ufają, zakładając z góry, że każdy próbuje ich oszukać. Natomiast w momencie, kiedy uznają, że jesteś uczciwym człowiekiem, nie ma bardziej lojalnych klientów. Polacy natomiast zwykle nie sprzedają domów, a raczej swe marzenia. Na ogół, po przybyciu do Australii, kosztem wielu wyrzeczeń budują rodzinne gniazda, które były niemożliwe do stworzenia w starym kraju. Widziałem malutkie domki wypieszczone jak bombonierki, w jednym nawet buda dla psa była z marmuru. Niemniej, jak to w życiu bywa, liczy się rozmiar i mały dom można sprzedać tylko za małe pieniądze. Znakomita większość rodaków nie mogła tego pojąć, dlatego ja z reguły unikałem z nimi kontaktów w biznesie. Nie mniej zdarzali się od czasu do czasu, jak choćby Wiesiek i Barbara O. którzy zadzwonili do mnie do domu o drugiej nad ranem oświadczając, że już do mnie wyjeżdżają, jako, że zdecydowali się podpisać ofertę. Charakterystyczne zachowanie, typowe dla ludzi odkładających decyzję ze strachu przed popełnieniem błędu. W momencie jej podjęcia natomiast, zaczynają się szalenie spieszyć jako, że teraz boją się, że ktoś inny kupi “ich” dom, ten na który już się zdecydowali po tych wszystkich mękach kalkulacji. Tak też było z O. skądinąd szalenie sympatyczną parą. Pozostali lojalni do końca mojej kariery a w zamian zdeponowali w banku kilkadziesiąt tysięcy dolarów.
Mniej więcej w tym samym czasie dostałem w biurze telefon od Danuty S. Było to tak, że ktoś zadzwonił do firmy i zaczął mówić do sekretarki po Polsku, tak więc automatycznie ja dostałem połączenie.
-“Zbyszek, błagam cię, przyjedź do nas, chcemy kupić dom a ja nie rozumiem, co te “kangury” do nas mówią. “
Okazało się, że S. mieszkają po południowej stronie miasta i tam też chcą dokonać zakupu rodzinnego kąta. Żeby dojechać tam z Padbury, potrzeba co najmniej bitej godziny. Dlatego też odmówiłem Danucie swej usługi choć zaoferowałem się znaleźć kogoś w ich okolicach, kto mógłby im pomóc.
Jednak wkrótce okazało się, że Danuta S. jest osobą upartą, co udowodniła dzwoniąc do mnie w dzień i nocy, za każdym razem płaczliwie domagając się pomocy w zakupie domu. W końcu przekonany, że nikt inny tylko ja może uratować sytuację, zgodziłem się pracować przez kilka dni prawie 100 km od swojego macierzystego biura. Zaczęło się sprawdzanie posiadłości w tamtej okolicy, porównywanie cen, co się sprzedało i za ile, wartość ziemi plus budynek, ewaluacje itp. no, typowa, rzetelna praca sprzedawcy domów. Najgorsze były dojazdy i zaniedbywanie własnego rewiru, na co tylko czekali inni agenci. Nie mniej za sprzedaż domu, niezależnie gdzie, wynagrodzenie wynosiło średnio około 6 tysięcy dolarów. Z tego połowę dostawało biuro, z którym właściciel domu podpisał kontrakt na sprzedaż tzw. listing agent. Druga połowa szła do biura agenta, który miał kupujących klientów tzw. selling agent. Z tej połowy pośrednik dostawał 50% a reszta dostawała się właścicielowi firmy. W sumie 25% od sumy początkowej -–około 1,5 tysiąca dolarów zarobku brutto. Po zapłaceniu podatkowego haraczu, zwykle około 40%, w ręku zostawało 900 dolarów. Działkę budowlaną można było wtedy kupić w granicach 25 000 a dobry samochód za 15 000 dolarów.
Znalezienie odpowiedniego domu dla Danuty i jej męża, zajęło mi kilka dni. Nie znałem tamtych terenów ale chciałem zrobić dla rodaków naprawdę dobrą robotę. W końcu znalazłem odpowiedni dom, śliczny jak z obrazka, nowoczesny, w odpowiedniej cenie, ładnie położony, doskonały rozkład i co najważniejsze, właścicielowi się spieszyło, tak, że cena była nieco zaniżona. “Na szybką sprzedaż” – jak mówiło się w biznesie. Jak pamiętam, budynek miał tylko trzy lata a więc był stosunkowo nowy i pięknie zagospodarowany. Przystrzyżone trawniki, bogaty ogród z tyłu domu, pełen tropikalnych krzewów i palm.
Umówiłem się z O. następnego dnia, żeby zaprezentować im dom, nieco dumny, że to taka świetna propozycja. Tym bardziej, że był to świeży "listing" na rynku, jeszcze nie ogłaszany w prasie. Danuta S. poprosiła mnie tylko, czy mogę odebrać po drodze do nich pana Kazia z przystanku autobusowego. Pan Kaziu miał być budowlańcem z Polski i jako taki miał wydać wyrok, czy dom jest zbudowany prawidłowo, według wszelkich zasad sztuki murarskiej.
Najpierw zastanowiło mnie, dlaczego pan Kazio nie ma samochodu. Perth jest miastem niezwykle rozległym, praktycznie bez sprawnej publicznej komunikacji. Ponieważ wszyscy mają samochody, utrzymywanie sieci autobusowej jest interesem głęboko deficytowym i nic dziwnego, że rząd kontynuuje tylko podstawowe minimum. Z drugiej strony, mój pierwszy samochód w Australii, Ford Cortina, kupiłem za 600 dolarów, co nie jest znowu tak dużo pieniędzy. Można odłożyć już po miesiącu pracy przy łopacie. No, pomyślałem sobie, może “bryczka” pana Kazia jest w naprawie a poza tym nie moja sprawa.
Tak czy inaczej, umówionego dnia i o wyznaczonej godzinie spotkałem “budowlańca” z Polski na przystanku autobusowym. Pan Kaziu okazał się być krępym mężczyzną w młodym jeszcze wieku, nieco otyłym, z głową wbitą głęboko w bary. Razem z nim przyjechał synek, nieco blade dziecko, które chyba nie odezwało się ani razu w czasie naszego spotkania.
-”No cześć, Zbyszek Koreywo jestem” – wyciągnąłem rękę do rodaka.
Pan Kaziu wbił we mnie oczy, przez chwilę jakby się wahał potem jednak zdecydował się podać mi rękę. Mruknął coś, czego nie zrozumiałem ale już całkiem wyraźnie zwrócił się do synka:
-“Siadaj, Arek, z tyłu wozu”.
Zaraz potem bez pytania otworzył przednie drzwi samochodu i nie czekając na mnie rozsiadł się wygodnie na przednim siedzeniu.
Mieliśmy do S. kawałek drogi więc raczej z grzeczności niż ochoty zagadnąłem pana Kazia:
-“Jak Ci się powodzi? Daleko stąd mieszkasz?”.
-“ W porząsiu. Na Karawarze” – brzmiała krótka odpowiedź.
Karawara to była dzielnica znana głównie z zespołu bloków mieszkalnych. Rzadkość w architekturze miasta, kilka wielopiętrowych kamienic z czerwonej cegły, dostarczały schronienia najuboższym ludziom. Gnieździły się tam głównie rodziny uzależnione od państwowej opieki, narkomani, złodzieje, niebieskie ptaki, farmazoni żyjący Bóg wie z czego. No, ludzkie śmiecie, jakich niemało w każdym mieście na całym świecie. Bloki na Karawarze zawsze kojarzyły mi się z amerykańskim więzieniem. Długie, obramowane żelaznymi poręczami pomosty na zewnątrz budynku, z których wchodziło się bezpośrednio do mieszkań. Swego czasu miałem dobrych znajomych, Bożenę i Henia S. z Gdańska, którzy wynajmowali tam mieszkanie od państwa za przysłowiowe grosze. Były tam też bowiem rodziny, co dopiero startowały w Australii i kiedy liczył się każdy cent. Uciekali stamtąd jednak szybko, zwykle w momencie podjęcia pierwszej pracy. Tak też było z Heńkiem i Bożeną, moimi serdecznymi przyjaciółmi. Heniek siedział w Polsce w więzieniu. “Za Solidarność” – jak mówił, bez cienia żalu.
Tak więc myślałem, że pan Kaziu też jest “nowy” w Australii o co nie omieszkałem zapytać. Okazało się jednak, że mieszka on na Karawarze od dziewięciu lat. Zatkało mnie przez chwilę, jako, że nie znałem nikogo, kto by mieszkał w takim bloku przez tyle lat. Przez chwilę myślałem, że pan Kaziu jest rekordzistą, który powinien być w książce Guinessa. Nie mnie opanowała mnie ogromna ciekawość.
-“Dziewięć lat? No a gdzie pracujesz?”
Krępy “budowlaniec” szarpnął głową na moje pytanie.
-“Coś ty, zwariował? Do roboty mam iść jak mi płacą za bezrobotnego?”
I to były ostatnie słowa, jakie usłyszałem bezpośrednio od pana Kazia.
Niedługo potem pojechaliśmy wszyscy razem do domu, który miałem zaprezentować ewentualnym nabywcom.
Danuta S. i jej mąż, fizyczny pracownik w jednej z kopalń złota, zawiśli wręcz na ustach pana Kazia. Ten, z rękami w kieszeniach, przeszedł się powoli po pokoju dziennym, kopnął raz czy dwa kuchenne szafki, pociągnął nosem i splunął na nowiusieńki dywan.
-“Cośta, zwariowaliście? Chcecie kupić te ruinę? “
I tak w mig skończyła się szansa na doskonały zakup. Równie szybko skończył się mój kontakt z Danutą S. i jej fizycznym małżonkiem, który chyba nie odezwał się ani razu jednym słowem w czasie tej całej historii. Pan Kaziu, dziewięcioletni bezrobotny, który nie posiadał samochodu, telefonu i paru innych rzeczy, wydawałoby się niezbędnych dla podstawowej egzystencji, dysponował za to w oczach S. ogromnym autorytetem. Jakoś nie przyszło im do głowy, że ich znajomy “budowlaniec”, który skazał swą rodzinę na wieloletnią egzystencję w slumsach Perth, po prostu mógł zazdrościć im nowego domu. Takiego, jakiego on sam, ze względu na swe lenistwo, nigdy nie kupi.
Zbigniew Koreywo
Wróć do spisu treści