Strach przed hasłami.
Nad tym, co wydarzyło się w Nowym Yorku 11 września, nie sposób przejść obojętnie. Najpierw, zapewne tak jak wszyscy, odczuwałem grozę i aż trudno było uwierzyć, że obrazy na telewizyjnym ekranie są prawdziwe a nie z fabryki masowej iluzji czyli Hollywood. Dzwoniliśmy też do siebie nawzajem, w naturalnym odruchu łączenia się w obliczu kataklizmu, jako, iż miliony lat nauczyły nas, że w momencie zagrożenia lepiej być razem niż osobno. Wszyscy wiedzą, że samotna śmierć musi być stokroć gorsza od umierania w otoczeniu bliskich. Dlatego ludzie skakali z okien wieżowców na pewną śmierć trzymając się za ręce. Zawsze wtedy musiał być ktoś silniejszy psychicznie, ten, który zrobił pierwszy krok bowiem lepiej umrzeć szybko, uderzając w bruk niż konać w ogniu.
I tak, dzięki elektronicznym środkom masowego przekazu, mogliśmy z bezpiecznej odległości i w zaciszu własnych domów oglądać niesłychaną tragedię przeżywaną przez innych. Tyle tylko, że kiedy pokazywano nam te same obrazy masowej rzezi przez następnych kilka dni, zaczęło się to robić perwersyjnym spektaklem, obscenicznym przedstawieniem. Bezmiar ludzkiej tragedii gdzieś się w tym gubił, jako, że wymaga ona ciszy i skupienia. Zamiast tego był tylko hałas, zamęt i potworności, które oglądane w kółko tracą swe znaczenie oraz powoli wybijająca się nuta zemsty, która w końcu kompletnie przesłoniła ludzki dramat.
Jeszcze kurz na Manhattanie nie opadł, jeszcze słychać było krzyki spod gruzów a już amerykańskie media ogłosiły, że wiadomo kto jest winnym tej wielkiej zbrodni. Palce wszystkich bez wyjątku żurnalistów wskazywały na Islam, personifikowany przez Osamę bin Ladena.
Muszę się przyznać, że byłem zaskoczony sprawnością odpowiednich służb USA, która tak szybko ustaliły winnego. Zdawałoby się, że może to potrwać kilka miesięcy lub nawet lat, zanim niezbite dowody winy zostaną przedstawione amerykańskiemu społeczeństwu. Tym bardziej, że gros pracy musiałby być wykonanym przez CIA, która przecież skompromitowała się po raz kolejny, nie mając zielonego pojęcia o zbliżającym się ataku. Pewien mój znajomy, znany cynik i prześmiewca, który od dawna nie wierzy w słowa drukowane oraz wypowiadane w mas mediach twierdzi, że CIA to zbieranina długowłosych gówniarzy, którzy w dzieciństwie oglądali zbyt wiele filmów z James Bondem. Sadzi też, że taki stan rzeczy nie jest sprawą przypadku ale przemyślaną strategią. Tak czy inaczej wygląda na to, że CIA (skrót pochodzi od Cought In Act – upiera się mój znajomek) najpierw nic nie wiedziała a zaraz potem doznała głębokiego olśnienia. Ponoć pomóc miało idiotyczne zachowanie się terrorystów, którzy zostawili w wynajętym samochodzie, którym udali się na lotnisko bezpośrednio przed porwaniem, niezbite dowody. Tak więc podobno znaleziono tam Koran, instrukcje latania Boeingiem plus osobiste notatki a wszystko to pisane w jednym z języków arabskich. Jednocześnie byliśmy przekonywani od samego początku, że cały ten zamach przygotowywany był skrupulatnie przez wiele miesięcy i wykonany przez wybitnych profesjonalistów. Wobec tego ja i mój znajomek, znany cynik, pytamy: a więc byli to zawodowcy czy smarkacze? Osobiście skłaniał bym się ku temu pierwszemu, głównie ze względów na skuteczność akcji. Wobec tego coś tu się nie zgadza lub, jak chce mój znajomek, zgadza się wszystko i to do ostatniego szczegółu.
Inna kwestia, jak dotąd zawieszona w pustce zawiera się w pytaniu:
dlaczego? Co skłoniło19 mężczyzn do samobójczego ataku na taką skalę? Pytanie takie musi być postawione, bowiem z całą pewnością nie jest łatwo umierać w kwiecie wieku, w dodatku ze świadomością bycia masowym mordercą. Jakież pokłady nienawiści musiały zalegać w sercach terrorystów, by zdecydować się na tak potworną zbrodnię? A jak wiemy, nienawiść nie bierze się z powietrza, zwykle rodzi się tam, gdzie jest ludzkie cierpienie, brak sprawiedliwości, dominacja jednych nad innymi, niszczenie dziedzictw kulturowych i materialnych. Tak było za czasów nocy komunistycznej w Polsce i ja wtedy też nienawidziłem ludzi sterujących tym nieludzkim reżymem. Jak pamiętam, jakiś czas temu, jeden z czytelników Tygodnika Polskiego, przy okazji rozważań o gen. A. Pinochet, zarzucił mi, że w swoich felietonach kieruję się “patologicznym antykomunizmem”, z czym się zresztą w zupełności zgadzam. Z drugiej strony sugeruje to, iż ów pan znajduje usprawiedliwienie dla ponad 100 milionów ofiar komunistycznego eksperymentu. Przywołuję w pamięci ten fakt, by uzmysłowić sobie i państwu mechanizm nienawiści tak głębokiej, że zdolnej do ofiary najwyższej. Dlatego kompletnie bez sensu zabrzmiała pierwsza próba wyjaśnienia ataku, podjęta przez G. W. Busha, który stwierdził, że Ameryka została zaatakowana ze względu na “swoją przodującą demokrację”. Co prawda długo to nie trwało i już było inne wyjaśnienie, tym razem oskarżające Islam jako taki a więc religię. Zdumiewające, ilu ludzi dało się nabrać na tak jawną bzdurę. Równie dobrze można oskarżyć Eskimosów o spowodowanie powodzi w Kongo. Niemniej amerykańskie media wraz z liczną grupą polityków (wiadomo, kto chce dziś być politykiem ten musi mieć to samo zdanie co media) utrzymują, że Islam uderzył, bowiem nienawidzi chrześcijan. Wobec tego dlaczego Manhattan a nie Watykan, chciałoby się zapytać. Poza tym jest jeszcze kilka innych krajów na świecie, równie chrześcijańskich ale bez takiego potencjału militarnego jak Ameryka. I dlaczego akurat teraz muzułmanie mieliby dokonać takiego aktu nienawiści na tle wyznaniowym. Przecież te dwie religie żyją ze sobą w zgodzie już od setek lat. Poza tym wszyscy, którzy choć trochę znają wiarę muzułmanów, wiedzą, że Chrześcijanizm i Islam nie różnią się tak bardzo, z wyjątkiem innej nazwy Jednego Boga.Zatem, moim zdaniem, wszystkie poszlaki wskazują raczej na inne tło tragedii z 11 września. Nowy York, jak twierdzi mój niepoprawny koleś, jest nieoficjalną stolicą Izraela a jej centrum znajdowało się w World Trading Centers. W takim rozumowaniu zginęli Amerykanie choć celem ataku był Izrael. Jeżeli popatrzeć na to, co dzieje się z narodem palestyńskim przez ostatnie 53 lata, na bezmiar krzywd, krwi i łez – wówczas zrozumiałym staje się motyw ataku terrorystycznego. Z drugiej strony, Stany Zjednoczone od początku konfliktu arabsko-izraelskiego stoją tylko i wyłącznie po jednej stronie, bez względu na ogrom zbrodni, niesprawiedliwości a nawet własne straty, tak ludzkie jak i materiałowe.
Jest w tej nowojorskiej tragedii także inny wątek, podkreślony ostatnio przez Bernarda Margueritte z Tygodnika Solidarność. Otóż Amerykanie obudzili się z ręką nie tyle w nocniku ile w szambie, i to zanurzoną po łokieć. Raptem bowiem dowiedzieli się, że znaczna część światowej populacji tak bardzo ich nienawidzi. Jak to, pytają się nawzajem, przecież zabijaliśmy i zabijamy Irakijczyków w imię wolności. Mordowaliśmy Serbów w imię humanitaryzmu, choć co prawda teraz okazuje się, że to jednak Albania jest na liście krajów popierających terroryzm. No i ci okropni Palestyńczycy, przecież w amerykańskiej telewizji, w filmach i prasie zawsze przedstawiano ich jako szalonych porywaczy, żądnych krwi niewinnych ludzi. Pewnie dlatego przeciętni państwo John i Jill Sixpack nie zastanawiali się nigdy nad losem całych generacji, zmuszonych do opuszczenia własnych domów i zamieszkania od pół wieku na pustyni pod namiotem. No i okazało się, ku niepomiernemu zdziwieniu niektórych, że śmierć może też zapukać do drzwi najbogatszego państwa na świecie.
Reakcja prezydenta Stanów Zjednoczonych, w całości poparta przez Kongres, była niewątpliwie wybitnie skrajna. Zupełnie jak w tych starych westernach, gdzie złe charaktery zawsze ubrane były na czarno a szeryf miał biały kapelusz. Widownia wtedy nie miała najmniejszego problemu z rozróżnieniem dobra od zła i wiadomo było w którą stronę trzeba strzelać. Niemniej rzeczywistość jest zwykle znacznie bardziej skomplikowana, choć i tu nie brakuje czarnych charakterów. Problem tylko w tym, że dziś noszą oni białe kapelusze i udają dobrych szeryfów. Natomiast prawda jest taka, że zabijanie ludzi tylko dlatego, że są innej wiary jest zwykłą zbrodnią i mam nadzieję, że Amerykanie wkrótce otrząsną się z tego koszmaru i zaczną używać rozumu zamiast bomb i karabinów maszynowych. Oczywiście, że trzeba szukać winnych zbrodni dokonanej na Nowym Yorku i postawić ich przed sądem, gdzie z urzędu przysługiwać im musi obrona. Trzeba również pamiętać, że bezpośredni wykonawcy już nie żyją i może być też i tak, że była to samodzielna grupa ludzi, niezależna od jakichkolwiek organizacji czy nacji. Tak czy inaczej, oskarżanie całego kraju (w tym wypadku Afganistanu) o zamach jest co najmniej nierozsądne i bardziej to zakrawa na załatwianie prywatnych porachunków niż szukanie winnego. Poza tym zgrozą przejmują mnie powtarzane codziennie hasła o walce ze światowym terroryzmem. Taka generalizacja nigdy nie była zdrowa a najczęściej kończyła się masowymi mordami. Kiedyś pod dewizą “Wolności, Równości i Braterstwa” wymordowano setki tysięcy Francuzów, Hitler też miał swoje “prawdy” a wszystkich przebili bolszewicy, którzy pod pozorem “Walki o pokój” , “Wolności klasowej” itd. pozbawili życia kilkanaście milionów ludzkich istnień. Dlatego mam dziś nieodparta awersję do takich ogólnych haseł, jako, że wiem, iż każdy może być zakwalifikowany jako “terrorysta” a cały świat tylko przyklaśnie, kiedy strzelą mu między oczy. Poza tym przypomina to leczenie pacjenta, polegające na likwidacji objawów a nie źródła choroby. Pewnie, że podając koktajl lekarstw można chwilowo zaradzić złu ale wróci ono natychmiast o ile nie poznamy przyczyn problemu. Dlatego trzeba usuwać źródła choroby jeśli chcemy, żeby organizm wrócił do normy. Czy tak się stanie w przypadku polityki zagranicznej Ameryki? Sadzę, że wątpię, jak mawia mój koleś – cynik, “siły potężne a zarazem całkowicie amoralne” już się o to postarają, by ludzkość znowu wzięła się za łby a oni gdzieś z tyłu będą pożyczać pieniądze jednym i drugim po to, by masakra za wcześnie się nie skończyła. Poza tym, największy problem rodzi się wtedy, kiedy sami lekarze są przyczyną zwyrodnienia. No, ale tak tylko gada mój koleś – prześmiewca, który nie jest żadnym ekspertem. Problem tylko w tym, że jak do tej pory, najczęściej miał rację.
Zbyszek Koreywo