Sukcesy głupoty.
Wszystkie rządy na całym świecie muszą codziennie podejmować jakieś decyzje, w końcu są za to, na ogół sowicie, opłacane. Decyzje mogą być mądre, nijakie lub głupie. Teoretycznie, długość trwania danego rządu powinna być w ścisłej zależności od rodzaju podejmowanych orzeczeń – więcej głupich zarządzeń, krótszy termin sprawowanej władzy no I oczywiście odwrotnie. Wszelako jest to tylko tzw. “wishful thinking”, czego dowodem może być choćby wieloletnie sprawowanie rządów przez pana Paul Keating’a I jego partię. Pośród wielu niefortunnych decyzji było też wydawanie setek milionów dolarów na uzbrojenie Indonezji. Moim zdaniem, finansowanie armii sąsiada, ktokolwiek by to był, jest co najmniej działaniem przypominającym podcinanie gałęzi na której się siedzi. No, ale nie wszyscy o tym wiedzieli, choć o fiskalnych eksperymentach pana Keating’a wiedział cały naród, szczególnie kiedy stopa oprocentowania pożyczek mieszkalnych weszła na niebotyczną wysokość 17,5 %. Zbankrutowało to wtedy wiele małych I średnich przedsiębiorstw, wiele rodzin straciło domy, jako, że nie byli w stanie opłacać bankom tak wielkiego haraczu. Były też samobójstwa wśród farmerów. I co? I nic – Paul Keating wygrał następne wybory w związku z czym zadłużenie Australii powiększyło się o następne kilka miliardów dolarów. Za to nasi dzielni dokerzy w portach przeładunkowych zarabiali krocie w zamian oferując najgorszą w cywilizowanym świecie jakość pracy.
Natomiast wracając do teorii iż zły rząd – krótki czas rządzenia, bezzasadność tego założenia najlepiej chyba można wykazać na przykładzie Polski. W PRL-bis, niesłusznie zresztą nazywaną III Rzeczpospolitą , polityczni I moralni spadkobiercy komunizmu rządzą sobie w najlepsze od 10 lat, z krótkim tylko przerywnikiem gabinetu Jana Olszewskiego. Spadkobiercy ludobójczego systemu, ograbiający kraj nad Wisłą na miliardy dolarów – vide afera FOZZ, przywłaszczanie mienia państwowego za przysłowiowe grosze itd. Itd. No, ale w tym wypadku mamy do czynienia z fenomenem zbiorowego zaniku pamięci. Ponoć Pan Bóg, jak chce kogoś pokarać to mu najpierw rozum odbiera. Za co chciał ukarać lud nad Wisłą - nie wiem. Wydawałoby się, że naród wyjątkowo Bogobojny, srodze doświadczany przez ostatnie stulecia a tu proszę, większość życzy sobie dalej egzystować pod butem czerwonej mafii. Choć są też I tacy, którzy twierdzą, że każde społeczeństwo ma rząd taki, na jaki zasługuje, co by znaczyło, że jest on po prostu wypadkową ilorazu inteligencji obywateli.
Natomiast wracając na nasze podwórko to okazuje się, iż rząd Zachodniej Australii poznał sposób na drastyczne zmniejszenie ofiar wypadków samochodowych. Po prostu trzeba ograniczyć szybkość jazdy wehikułów w mieście do 50 km/godz I problem będzie rozwiązany. Wszak już wielki Albert Einstein uczył, że energia wyzwolona w trakcie kraksy równa się masa pojazdu x prędkość do kwadratu. Nie będąc złośliwym, można też powiedzieć, że radykalnym rozwiązaniem problemu byłoby w ogóle wyeliminowanie masy, czyli samochodów albo prędkości. W tym ostatnim wypadku wolno by nam było trzymać w garażach pojazdy ale nie wolno by nam było się nimi poruszać. Natomiast serio, to prawda jest taka, że w tym roku na drogach Zachodniej Australii zginęło już 159 osób z czego 92 poza obszarami zabudowanymi. Tak więc większość wypadków śmiertelnych wydarzyła się poza miastami, gdzie wolno jechać z szybkością 110 km/godz. Nie od rzeczy będzie też przypomnienie, że za większością tych tragicznych kolizji stał alkohol. Po prostu synowie naszych kmieci lubią się napić od czasu do czasu a ponieważ innych rozrywek brak, pozostają eksperymenty z szybkością pojazdów na lokalnych szosach co nie zawsze jest zdrowym zajęciem.
Trzeba też zdać sobie sprawę z tego, że znakomita większość potencjalnych kandydatów na nieboszczyków za samochodowym kółkiem jeździ w miastach. Mimo to właśnie prowincja odpowiedzialna jest za ponad 60% śmiertelnych zejść na skutek rozwijania nadmiernych prędkości. Natomiast asystent od spraw drogowych Komisarza Policji proponuje ograniczanie szybkości jazdy samochodem właśnie w mieście. W jaki sposób ma to wpłynąć na zachowania naszej wiejskiej młodzieży - nie rozumiem. Natomiast niemalże wszystkie wypadki śmiertelne w miastach zdarzyły się przy prędkościach znacznie przekraczających dozwolony limit. Cóż z tego, że legalnie wolno jeździć z prędkością 60 km/godz. Kiedy zawsze się znajdzie jakiś dureń nie respektujący przepisów. Jakie znaczenie ma ograniczanie prędkości nawet do 20 km/godz. Kiedy to ulubionym sportem tzw. Marginesu społecznego jest ściganie się z policją na naszych drogach. Najzabawniejsze, że jak już “margines” zostanie schwytany z narażeniem życia stróżów porządku I doprowadzony przed oblicze tzw. Sprawiedliwości to I tak następnego dnia zabawa zaczyna się od nowa. Tyle tylko, że Wysoki Sąd pogroził paluchem niedoszłym drogowym mordercom. Poza tym musi być jakiś limit zdrowego rozsądku, w końcu dla większości z nas samochód to podstawowy środek lokomocji. Dlaczego mamy spędzać dodatkowe 10 – 15 minut czasu na dojazd do pracy I tyleż samo na powrót do domu? I co z zanieczyszczeniem powietrza, wolne jak żółwie pojazdy będą bardziej zatruwać I tak już zasmrodzoną atmosferę. Dlaczego znakomita większość społeczeństwa ma być ukarana za wybryki niewielkiej w końcu grupy drogowych łobuzów?
Ano, odpowiedź wydaje się prosta. W tym tylko roku nasz rząd stanowy spodziewa się zarobić około 54 miliony dolarów tytułem kar za nadmierną szybkość. Proszę sobie wyobrazić bonanzę kiedy maksymalną chyżość naszych pojazdów w mieście ograniczy się do 50 km/godz. Trzeba tylko dokupić następnych 13 kamer Multanovas I interes jak złoto. Ponoć kupno kamery mierzącej szybkość samochodu jest najlepszą inwestycją jaką można sobie wyobrazić. Kapitał zwraca się w tydzień. Nie ma co, tęgie głowy mamy w rządzie. Prawda zaś o kamerach, obdzierających nas z ostatnich, ciężko zapracowanych groszy jest taka, że tak naprawdę to nie mają one większego wpływu na sytuację na drogach. Po raz pierwszy użyto je w 1991 roku, kiedy to mieliśmy 207 ofiar śmiertelnych na naszych drogach. Dziś mamy 13 kamer pracujących przysłowiowe 24 godziny na dobę I w zeszłym roku było 226 śmiertelnych wypadków. No, ale w międzyczasie rząd legalnie ograbił nas z co najmniej 300 milionów dolarów.
Osobiście nie jestem fanatykiem szybkości I z reguły przestrzegam przepisy drogowe choć zdarza mi się od czasu do czasu zasilić kasę stanową, dzięki wynalazkowi kamery połączonej z radarem. Gdyby te pieniądze były chociaż w części przeznaczone na edukację użytkowników dróg, no to jeszcze bym rozumiał, ale gdzie tam. Ostatnio założyłem się o 100 dolarów ze swoją australijską piękniejszą połową na temat zasad ruchu na rondach. Zdawało jej się bowiem, że to po prostu tylko takie okrągłe skrzyżowanie. W celu wyjaśnienia zakładu zadzwoniłem na najbliższy posterunek policyjny z prośbą o wyjaśnienie problemu, jako , że śpieszyło mi się do tych 100 dolarów. O mały figiel nie spadłem z krzesła, kiedy usłyszałem, że rondo kieruje się takimi samymi regułami jak zwykłe skrzyżowanie. Przez cały wieczór żyłem z mocno nadszarpniętą reputacją aż do czasu, kiedy po pracy przywiozłem swej niedouczonej w sprawach drogowych połowie książki z przepisami drogowymi. Tę samą książkę, aczkolwiek anonimowo, wysłałem niedouczonemu policjantowi.
Natomiast wracając do sedna sprawy, to myślę, że ograniczanie szybkości w miastach do 50 km/godz. Jest nie tylko złe ale także idiotyczne. Z punktu widzenia zdrowego rozsądku znaczy się. Choć jak wszyscy wiedzą punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i czasem zdrowy rozsądek nie ma z tym nic wspólnego. Szkoda tylko, że Liberal Party upiera się popełnić polityczne samobójstwo. Jak by nie było kto chce powrotu WA Inc.?
Zbigniew Koreywo