Swastyka, sierp i młot.

17 września 1939 roku był ponoć wyjątkowo ciepły. Kiedy o 4 nad ranem wojska sowieckie Frontów Białoruskiego i Ukraińskiego w sile 1 miliona żołnierzy przekroczyły granicę Polski, zrobiło się jakby jeszcze bardziej upalnie. Strach, upokorzenie - jako, że nie było komu bronić miast i gospodarstw - znakomita większość polskiej armii biła się na zachodniej stronie kraju. Nieliczne garnizony wycofywały się przed nawałą sowiecką, tym bardziej, że dyrektywa Naczelnego Wodza zalecał podjęcie walki tylko w wypadku prób rozbrajania lub utrudniania przemarszu. I tak się rozpoczął jeden z najczarniejszych rozdziałów w historii narodu polskiego, który zresztą jeszcze trwa do dziś.

Żeby zrozumieć, co się stało 17 września 39 roku, trzeba się cofnąć w czasie do lat dwudziestych. Po przegranej bitwie z Polską w 1920 roku, Rosja bolszewicka została skazana na rolę pariasa w Europie. Potworna bieda, miliony ludzi umierających z głodu, pierwsze łagry, masowe represje etniczne - to wszystko nie przeszkadzało Sowietom w knuciu dalekosiężnych planów na przyszłość. Jakie by one nie były, niezależnie od wariantu zawsze miały ten sam element - sukces komunizmu w Europie możliwy był tylko i wyłącznie nad grobem Polski. Jest coś koszmarnego w tym, kiedy najwyższe instancje kraju, które nie są w stanie zapewnić wyżywienia oraz porządnego dachu nad głową własnym obywatelom, starannie planują napaść na sąsiadów. Wydawało by się, że energia władz i zasoby materiałowe w każdym kraju powinny być spożytkowane przede wszystkim na potrzeby własnej ludności. Taki oczywisty aksjomat nie gościł jednak wtedy w murach moskiewskiego Kremla i, jak się wydaje, nie jest tak oczywisty też i dziś.

I tak już w grudniu 1920 Lenin stwierdzał, że dla Niemiec jedyną drogą ocalenia jest sojusz z Rosją Radziecką. Lenin mylił się wtedy tylko częściowo. To dla Sowietów warunkiem przetrwania było związanie się z Niemcami. Niemniej stary agent niemiecki wiedział co mówi, znał bowiem swych byłych mocodawców i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że niepodległa Polska zawsze będzie cierniem w boku tak Niemiec jak i Rosji.

Bezpośrednim skutkiem takiego punktu widzenia było podpisanie w Rapallo w 1922 roku porozumienia sowiecko-niemieckiego. Zaraz po tym, kanclerz Niemiec, Josef Wirth publicznie stwierdził: "Polska musi zostać wykończona. Moja polityka podporządkowana jest temu celowi". Od tego też czasu datuje się współpraca pomiędzy sztabem generalnym Armii Czerwonej oraz Reichswehrą. Współdziałanie to widać musiało być owocne, skoro najpierw w 1926 podpisano następny "Traktat o współpracy i przyjaźni" potwierdzony później przez Hitlera w 1933 roku. Co prawda kanclerz Hitler z trudem tylko krył pogardę dla "rosyjskich podludzi" a w dodatku organicznie nie znosił komunizmu. Spowodowało to kilkuletnie ochłodzenia stosunków Sowiecko-Niemieckich aż do czasu, kiedy to marszałek Stalin, w przerwach pomiędzy podpisywaniem kolejnych rozkazów o egzekucjach, wygłosił w marcu 1939 słynną mowę. W przemówieniu tym, generalissimus wyraził gorącą chęć poprawy stosunków z Niemcami. Na odpowiedź nie musiał czekać długo. Ponieważ Hitlerowi potrzebny był spokój na wschodniej flance w obliczu przewidywanej wojny z Polską, doszło do podpisania 28 sierpnia 1939 roku układu Niemiecko-Sowieckiego, sygnowanego przez Ribbentropa oraz Mołotowa. Tajna klauzula dotyczyła podziału łupu oraz przewidywała daleko idącą współpracę Gestapo i NKWD w celu zwalczaniu polskiego ruchu niepodległościowego. Los Polski został przypieczętowany.

Kiedy Armia Czerwona, "wypełniając sojuszniczy obowiązek", przekraczała swą zachodnia granicę, znaczyło to, że zostało złamanych kilka układów pokojowych, w tym polsko-sowiecki pakt o nieagresji, który miał obowiązywać do 1945 roku. Fakt ten należy odnotować jedynie z kronikarskiego obowiązku, bowiem zdrada, wiarołomstwo, krzywoprzysięstwo itd. były wpisane niejako w system komunistyczny i nikogo nie powinny dziwić. Nie sadzę, żeby ówczesne władze Polski sprzed 1939 roku brały poważnie jakiekolwiek przyrzeczenia wschodniego sąsiada ale położenie kraju już po ataku Niemiec nie pozostawiało praktycznie większych możliwości manewru.

Wielu historyków nie może do dziś się nadziwić jak to się stało, że rząd Polski nie przewidział wtedy ataku Armii Czerwonej, choć zapowiedź wisiała w powietrzu od kilku tygodni. Osobiście sądzę, że znając treść niemieckich depesz dzięki rozpracowaniu maszyny szyfrującej Enigma , Naczelny Sztab Wojska Polskiego doskonale zdawał sobie sprawę ze swego położenia. Niemniej generalny plan wojny przewidywał rozpoczęcie działań wojennych na zachodnich granicach Niemiec w ciągu trzech dni, to znaczy atak wojsk francuskich na Niemcy, które miały być wkrótce wsparte armią angielską. W takiej sytuacji machina wojenna III Rzeszy zmuszona by była do obrony na zachodzie, co umożliwiało by skoncentrowanie armii polskiej na kresach. Dlatego też Stalin czekał z rozkazem ataku do 17 września, to znaczy do momentu, kiedy wiedział na pewno, że Francja i Anglia definitywnie zdradziły sojusznika poprzez nie rozpoczęcie działań zaczepnych. Zemściło się to później na obu krajach srodze ale słaba to pociecha, że polityczna i militarna głupota innych została ukarana, kiedy nasz kraj legł w gruzach.

Co innego, że niektórzy dowódcy polscy nie popisali się tamtego września bystrością umysłu, co kosztowało nie tylko ich ale także większość kadry oficerskiej bardzo wiele, z utratą życia włącznie. I tak generał Langer, głównodowodzący obroną Lwowa wolał poddać się Sowietom, choć wcześniej odrzucił niemiecką propozycję kapitulacji. Przez jakiś czas miał też możliwość ewakuacji na Węgry i Rumunię. W rezultacie, generał Langer wraz z niemalże kompletem kadry oficerskiej ze Lwowa znalazł swój grób w lesie katyńskim. Dużo rozsądniej zachował się generał Kleeberg. Po kilku potyczkach Grupy Operacyjnej "Polesie" z Armią Czerwoną rozpoczął marsz na zachód aż do momentu wspaniałej bitwy pod Kockiem. Pomimo zwycięstwa, po kilku tygodniach większość oficerów z Grupy "Polesie" dostała się do niemieckiej niewoli, gdzie przetrwali do zakończenia wojny. I choć sam generał Kleeberg zmarł w oflagu to było to wynikiem zwykłej choroby.

Na Wileńszczyźnie dowodził generał Olszyna-Wilczyński, któremu wyraźnie zabrakło nie tylko wyobraźni ale też i odrobiny żołnierskiego szczęścia. Przypadkowo pojmany przez sowiecki podjazd został na miejscu rozstrzelany gdzieś pod chłopską stodołą. A przecież miał możliwość zorganizowanego odwrotu na Łotwę i Estonię co, jak dziś się wydaje, było jedynym rozsądnym wyjściem.

Natomiast wracając jeszcze raz do dalekosiężnych planów Rosji Sowieckiej, to zaatakowanie Polski we wrześniu 39 roku było tylko pierwszym krokiem na drodze do światowego komunizmu czyli, w praktyce, zwykłego podboju kolejnych krajów. Z punktu widzenia Stalina nie mogło być nic lepszego niż konflikt zbrojny pomiędzy "burżujami" Niemieckimi i Włoskimi z jednej strony a Angielskimi i Francuskimi z drugiej. Zgodnie z tym scenariuszem zwycięzcy musieli by wyjść z tej wojny znacznie osłabieni a to by otwierało przed Armią Czerwoną całkiem kuszące perspektywy. Jakby nie było już w kałmuckiej czaszce Lenina wykluwały się plany podboju całej Europy.

Tak czy inaczej, jedno jest pewne. Pakt Hitlera ze Stalinem dawał temu ostatniemu wolną rękę w działaniach zbrojnych na wschodzie Europy. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Zaraz po agresji na ziemie polskie ruszyła sowiecka nawałnica na Litwę. Jak zwykle, zaraz po podboju przystępowało do pracy NKWD. Masowe egzekucje, deportacje, więzienia najpierw skierowane przeciwko inteligencji, mające za zadanie pozbawienie narodu głowy. W drugiej kolejności już nie wybierano ofiar, wywożono na Sybir całe dzielnice i wsie. Niewykluczone, że gdyby nie agresja niemiecka na Rosję w 1941, naród litewski przestał by istnieć. Tłumaczy to w jakimś stopniu zaangażowanie się Litwinów po stronie niemieckiej, za co zresztą zapłacili oni po wojnie straszliwą cenę. Dziś mało kto pamięta, że na Litwie do początku lat pięćdziesiątych działała antykomunistyczna partyzantka.

Innym celem dla imperialistycznych zapędów Sowietów, wynikających bezpośrednio z paktu z Niemcami, była północ czyli Finlandia. Najechana przez Sowietów 30 listopada 1939 roku rozpoczęła nierówną walkę, która może być porównana tylko do pojedynku pomiędzy przysłowiowym już Davidem i Goliatem. Cały świat nie mógł uwierzyć kiedy nieliczna armia fińska zatrzymała huraganową nawałnicę sowiecką. Mało tego, po fińskich kontratakach nawet okrutne NKWD na tyłach nie było w stanie zatrzymać uciekających "bojców". Z drugiej strony nie ma się specjalnie czemu dziwić, jako, że rozeźleni Finowie z nożami w zębach zwykle nie brali jeńców a w bitewnym szaleństwie nie mieli sobie równych.

Tak więc Pakt Hitlera ze Stalinem przewracał cały europejski porządek, czego skutki odczuwalne są do dziś. Polska, w wyniku najazdu rosyjskiej hordy straciła ponad 200 tysięcy km. kw. czyli ponad 52 % swoich obszarów. Los ludności polskiej pod komunistycznym batogiem jest powszechnie znany. Z kronikarskiego obowiązku przypomnieć tylko można, że od pierwszego dnia rozpoczęły się masowe egzekucje, jak zwykle w pierwszym rzędzie wymierzone w inteligencję oraz arystokrację. W wyniku tzw. "ewidencji wrogów ludu" mordowano dosłownie wszystkich, którzy przed wojną piastowali jakiekolwiek funkcje państwowe lub społeczne. Doszło do tego, że rozstrzeliwano nawet przedstawicieli Polskiego Czerwonego Krzyża. Rozpoczęły się także jeszcze bardziej masowe deportacje - oblicza się, że w pierwszych tygodniach sowieckiej okupacji wywieziono na Syberię ponad 200 tysięcy Polaków. W ciągu kilku miesięcy zlikwidowano także około 4 tysięcy świątyń różnych wyznań, wszystkie instytucje i szkoły kościelne a księży wywieziono i zlikwidowano jako pierwszych. Ponadto, jako, że okupowane tereny polskie uznane zostały jako "rdzennie" sowieckie, masowo wcielano do Armii Czerwonej młodych mężczyzn.

I tak otworzył się rozdział polskiego męczeństwa na wschodzie, nasz holokaust. Nastąpiło zderzenie ze swoistą mentalnością wschodu, gdzie znacznie więcej czasu i energii poświęcało się na okrutne torturowanie bezbronnych ludzi a mniej na pranie zawszonych gaci i śmierdzących onuc. I te wszy rozlazły się po całej Polsce, rozmnożyły i do dziś są wczepione w tkankę narodu.

Mówi się, że historia powinna nas uczyć, że nie wolno powtarzać tych samych błędów. Dziś, gdy spojrzeć na kraj nad Wisłą, na te wszy, na uzależnienie od rosyjskich dostaw gazu, jawną zdradę interesu narodowego - wiadomo jedno. Najjaśniejsza Rzeczpospolita wciąż na kolanach a gnidy próbują nam wmówić, że są Polakami.

Zbigniew Koreywo

Wróć do spisu treści