Sztuka dezinformacji.
Parę tygodni temu, przeglądając magazyn telewizyjny, natknąłem się na wielce obiecującą zapowiedź programu dokumentalnego, mającego traktować o STASI. Oczywiście zadbałem o to, żeby cały ten materiał nagrać na taśmie video jako, że wiele sobie po nim obiecywałem. W rezultacie tej mojej skrzętnej działalności obejrzałem typowy produkt dezinformacyjny, tak jakby sama STASI go nakręciła. No, niewykluczone, bowiem nie od dziś wiadomo, że NRD-owska tajna policja miała na swych usługach także filmowców, zresztą obok rzeszy innych współpracowników ze wszystkich dosłownie dziedzin życia. Z tego co wiem to nawet grabarze brali udział w tej brudnej grze bowiem władze chciały wiedzieć kto na pogrzebach się chichotał a kto rzeczywiście płakał. Szczególnie kiedy zakopywali jednego ze swoich. Jak bowiem mawiał Erich Mielke, ostatni zarządca wschodnioniemieckiego MSW: ”Towarzysze, my musimy wiedzieć wszystko i to o każdym obywatelu”.
Tak więc telewizyjny “dokument”, zaserwowany w programie SBS pokazywał niezwykle ciężką dolę kilku z najwybitniejszych działaczy opozycyjnych w byłej NRD.
Narażani na ciągłe prześladowania, bez pracy, szykanowani na każdym kroku, śledzeni, te bezustanne rewizje w domach – a oni trwali, dumni i niby samotni w swojej walce z nieludzkim reżymem. Ba, udzielali wywiadów prasie zachodniej, oskarżając tyranię choć nigdy nie ....system. Czasem wyjeżdżali zagranicę a potem uporczywie walczyli o prawo powrotu do swej ojczyzny. Zamykani w więzieniach, znosili poniewierkę w milczeniu i z godnością. I tylko w jakiś dziwny sposób wiadomości przedzierały się przez grube mury kazamatów o tym, jak zostali w celi pobici albo zgwałceni. Wśród rodaków wzbudzali powszechny szacunek dla swej niezłomności i ofiarności.
Natomiast wspomniany wyżej “dokument” jakoś nie wspomniał nawet jednym słowem o najistotniejszej właściwości ruchu dysydenckiego – o tym, że był on od początku inicjowany a następnie ściśle kontrolowany przez NRD-owskie służby specjalne.
Pomysł tworzenia opozycji, przez tajną policję, został po raz pierwszy zastosowany w praktyce przez carską “Ochranę”. Koncept był w zasadzie genialny dzięki swej prostocie. Jak wiadomo, w każdym ustroju opartym na przemocy, będzie się tworzyć opozycja jako, że zawsze znajdzie się kilku odważnych, gotowych do największych poświęceń ludzi. Po co tracić czas na odnajdywanie dysydentów, śledzenie ich i podsłuchiwanie – najlepiej samemu zainicjować opozycję poprzez odpowiednio wyszkolonych agentów i najtrudniejsza cześć roboty “z głowy”.
Tak też było w NRD i jak sądzę, w reszcie krajów obozu socjalistycznego, włączając w to oczywiście także Polski barak.
W NRD nazywali się oni – ci niezłomni przeciwnicy reżymu – IMB (Inoffiziellen Mitarbeiter Bearbeitung) tajni współpracownicy rozpracowujący. Najważniejsi agenci STASI działający w środowisku wroga, pierwsi na linii. Prowadzeni przez wysoce kwalifikowanych specjalistów, byli oczami i uszami komunistycznego rządu. To właśnie na ich użytek tworzono legendy o szykanach, pobiciach przez “nieznanych sprawców”, aresztowaniach i okrutnym traktowaniu. W rzeczywistości czas spędzali w rządowych ośrodkach wypoczynkowych, gdzie można było wejść tylko przy pomocy specjalnych przepustek albo w prywatnych domkach, zaszytych gdzieś w górach albo nad jeziorami.
Poza tą, niewielką w sumie grupą ludzi, byli prawdziwi patrioci. To oni byli naprawdę pozbawiani pracy, torturowani w najbardziej wymyślny sposób. Wiem o wypadkach szczucia psów policyjnych na dzieci oskarżonych, zbiorowych gwałtach na żonach i matkach na ich oczach, o specjalnych dietach bez mikroelementów. Po takiej diecie już na drugi miesiąc włosy wychodzą garściami, wypadają zęby i schodzą paznokcie u nóg i rąk. Po około trzech miesiącach nie ma już ratunku, tyle tylko, że śmierć wygląda na zupełnie naturalną. Tak więc dzięki tym tajnym współpracownikom rozpracowującym, tysiące ludzi przeszło przez gehennę, tysiące istnień zostało złamanych i zamienionych w łachmany. Jedno tylko tych opozycyjnych wyrobników łączyło – byli bezimienni. Ilu szlachetnych ludzi zniszczono, ilu wybitnie uzdolnionym nie pozwolono na wybicie się ponad przeciętność. Ale to właśnie oni byli prawdziwym zagrożeniem dla komunistycznego terroru, nieraz własnym życiem poświadczając prawdę. Anonimowi patrioci, prawdziwi bohaterzy o których nawet dziś świat nie chce pamiętać.
Natomiast tajni współpracownicy prowadzili życie na świeczniku. Pomimo szykan rozmawiali z zachodnimi korespondentami, rzekomo aresztowani i pobici, następnego dnia wykładali na “latających uniwersytetach”, bywali w kawiarniach i na przyjęciach. Jakoś nikomu nie przychodziło do głowy zapytać skąd mają pieniądze i mieszkania. Jak to możliwe, że jedni siedzą w więzieniach za kolportaż podziemnych gazetek a ich redaktorzy chodzą wolno po ulicach w sławie niezłomnych. Czasem tylko ktoś bąknął, że władza nie śmie zamykać tak bardzo znanych dysydentów.
STASI, mając do dyspozycji prasę, radio, telewizję, potrafiła z dnia na dzień tworzyć nowych “bohaterów” opozycji. Przecież wystarczyło opluć kogoś w oficjalnej prasie, nazwać kontrrewolucjonistą i wywrotowcem by stworzyć natychmiast właściwy “image”. Nagle też pojawiali się przenikliwi publicyści, intelektualiści, którzy mieli gotowe recepty na społeczne bolączki. Ludzie filmu i teatru, niby wrażliwi na krzywdę, jakby niechętnie opisywani przez oficjalną prasę. Tak właśnie tworzono legendy intelektualistów, pisarzy i dziennikarzy, których to rzekoma opozycyjność miała zapewnić im odpowiednia estymę wśród reszty społeczeństwa. Reżym doskonale zdawał sobie sprawę, jak bardzo ci ludzie będą mu przydatni w przyszłości.
Lothar de Maizire – niewysoki, cichy kaleka – z niedowładem lewego ramienia, ulubieniec prasy zachodniej. Czołowy działacz Ost-CDU i Kościoła ewangelickiego był bodaj najbardziej znanym ”dysydentem” w byłej NRD. W rzeczywistości IMB – Czerny, przyczynił się jak nikt do rozpracowania antykomunistycznego podziemia. Choć winien denuncjacji niezliczonych patriotów, żyje dziś spokojnie w Berlinie.
Sascha Anderson – działał jako literat, krytyk, publicysta, dzięki STASI miał wszędzie dojścia, był doskonale znany w podziemiu. Uznawany jako moralny autorytet miał pełną swobodę w pisaniu. Niezwykle sprawny agent rozpracowywał środowiska twórcze.
Ernest Volkmar żył w otoczce świętego podziemia. Robotnik, wiecznie szargany, aresztowany, opluwany przez prasę jako wichrzyciel i wywrotowiec, znosił to wszystko z godnością i gotowością do poświęceń. Utrzymywał stałe kontakty ze Stocznią gdańską. Zawsze, w czasie przekraczania granicy do Polski był brutalnie traktowany przez straż graniczną i celników. Bywało, że pod byle pozorem przetrzymywano go przez cały dzień na granicy. Jakoś tak się działo, że bardzo często świadkami tych szykan byli zachodni dziennikarze. No i szły w świat reportaże o niezłomnym Erneście i rosła też proporcjonalnie jego sława w podziemiu antykomunistycznym. Nikomu do głowy by nie przyszło, że Volkmar był od początku agentem STASI, IMB “Christian”. Rzekomo więziony, spędzał czas z dala od ludzkich oczu na grze w tenisa, pływaniu, łowił ryby i ponoć szalenie lubił nocne zabawy z dziewczynkami, zwykle kończone zbiorowymi orgiami.
To tylko kilka z setek przykładów. Przypatrując się im, nieodmiennie nasuwa się pytanie o Polską opozycję, reprezentowaną przed Solidarnością głównie przez KOR. Michniki, Kuronie, Szczypiorskie, Drawicze itd. Pewien jestem, że inicjowanie a potem ścisłe kontrolowanie opozycji nie było wynalazkiem NRD-owskich służb specjalnych. Oni bowiem, tak samo zresztą jak reszta tajnych służb w krajach bloku wschodniego, byli weryfikowani przez KGB. Co prawda, z tego co wiem, żadne tajne teczki KOR-owskich dysydentów nie ujrzały światła dziennego co nie znaczy, że nie istnieją. Niemcy mieli to szczęście, że tłum z ulicy zdążył zabezpieczyć sto osiemdziesiąt kilometrów teczek z Ministerium fur Staatssicherheit, Polacy zaś to nieszczęście, że jako pierwszy wkroczył do archiwum MSW Adam Michnik. Co tam robił, czy i co wyniósł, czy i co zniszczył – nie wiadomo. Nie mniej sam fakt pobytu tzw. Komisji Michnika w archiwach MSW i brak jakiejkolwiek dokumentacji na ten temat nasuwać może wiele sugestii. Ja osobiście sądzę, że jeśli kiedykolwiek istniała teczka Adama Michnika jako tajnego współpracownika – nigdy jej nie ujrzymy. Ale być może są ludzie, którzy mają na ten temat jakąś wiedzę. W takiej sytuacji Michnik razem z resztą KOR-owskich towarzyszy powinien robić wszystko, by autentyczna lustracja w Polsce nigdy nie miała miejsca.
Zbigniew Koreywo
Wróć do spisu treści