Sztuka prowokacji.
4 lipca mija 54 rocznica wydarzeń, znanych na całym świecie jako "Pogrom kielecki". W trakcie rozruchów zginęło 39 Żydów oraz 2 Polaków. Przyczyną zajść była rozpowszechniana wiadomość o rzekomym porwaniu i zamordowaniu w celach rytualnych 9-letniego chłopca polskiego w piwnicy domu przy ulicy Planty 7, zamieszkanego wtedy przez Żydów, w większości repatriantów z Rosji sowieckiej.
Dokładnie 7 dni po tych wydarzeniach rozstrzelano 9 osób, w tym stolarza, ślusarza, gospodynie domową, gońca, muzyka, woźnego oraz brukarza. Co najmniej dwie z tych osób do końca nie wiedziały, o co chodzi, jako że były poważnie ograniczone umysłowo. Nie przeszkodziło to jednak sądowi użyć jednego z nich jako świadka koronnego. Był to kompletny kretyn, który nie umiał liczyć, nawet nie rozumiał kalendarza i zegara. Następnego dnia w świat poszła wiadomość o polskim antysemityzmie oraz o surowej ale sprawiedliwej ręce nowej władzy ludowej.
Wszystko zaczęło się 4 lipca 1946 roku kiedy to patrol funkcjonariuszy miejscowego Urzędu Bezpieczeństwa prowadził przez ulice Kielc małego chłopca. Jednocześnie ci sami funkcjonariusze jak i przygotowani wcześniej współpracownicy ogłaszali wszem i wobec, że ten oto chłopiec został właśnie wyrwany z rąk żydowskich, którzy chcieli użyć jego krwi do wypieku rytualnej macy. Spowodowało to zgromadzenie około 100 - 150 osobowego tłumku gapiów, który podążył za milicjantami na ulicę Planty. Tam, w obszernej kamienicy numer 7, mieszkali Polscy Żydzi. Sam dom był podzielony na dwie klatki schodowe. Po jednej stronie mieszkali ci, co niedawno powrócili z Sowietów, w większości ortodoksyjni, szykujący się do wyjazdu do Palestyny. Drugą zamieszkiwali głównie pracownicy lokalnego Urzędu Bezpieczeństwa oraz Komitetu Polskiej Partii Robotniczej (poprzedniczka PZPR) Atak sił
wojskowo-milicyjnych został skierowany tylko na tych pierwszych, choć z niepotwierdzonych źródeł wiadomo, iż ostrzeliwano atakujących z obu stron kamienicy. Żydzi bowiem dysponowali pewną ilością broni palnej i nawet udało im się zabić dwóch oficerów biorących udział w tym okrutnym mordzie.Na podkreślenie zasługuje jeszcze raz oczywisty i wielokrotnie potwierdzony fakt, że atak na dom numer 7 przy ulicy Planty został przypuszczony tylko i wyłącznie przez zorganizowany oddział woskowo-milicyjny i tylko oni są odpowiedzialni za śmierć niewinnych . Stosunkowo niewielka grupka gapiów (nie więcej niż 150 osób choć w Stanach Zjednoczonych podaje się liczbę 75 tysięcy - tyle osób nie mieszkało wtedy w całych Kielcach) przypatrywała się temu widowisku, w którym funkcjonariusze nowej władzy strzelali w stronę domu, powszechnie znanego jako ubecki.
Znakomita większość obserwatorów tamtych zdarzeń rozumiała to jako zwykłe, bandyckie porachunki nowych właścicieli Polski w których nie zamierzała brać udziału.
Dla organizatorów mordu nie miało to najmniejszego znaczenia. Już w trakcie strzelaniny grupy "tajniaków" wyłapywały przypadkowych gapiów pod kątem przyszłego procesu. Tak więc członkowie tej samej organizacji, znanej powszechnie jako U-becja, z jednej strony zabijali Żydów a z drugiej wyłapywali przyszłe ofiary z ulicy, zamordowane później przez pluton egzekucyjny.
Natomiast na najważniejsze pytanie, dlaczego zorganizowano mord na ludziach, którzy właśnie przetrwali koszmar II Wojny Światowej, odpowiedzi jest kilka.
Po pierwsze trzeba było usprawiedliwić okupację Polski przez Armię Czerwoną. Chodziło o stworzenie wrażenia, że Polacy mogą być gorsi od Niemców, skoro mordują ocalałych z wojennej pożogi Żydów (stąd uporczywie powtarzane relacje w komunistycznej prasie, że zabici byli "cudownie" ocalałymi z Oświęcimia). Tak więc, w zgodzie z tą teorią, tylko wojska sowieckie mogły gwarantować w Polsce spokój, a przede wszystkim zatrzymać falę antysemickich ekscesów.
Po drugie 4 lipca w Norymberdze zaczęły się przemówienia stron w sprawie katyńskiej. Rosjanie, sprawcy mordu na polskich oficerach i urzędnikach państwowych, próbowali winę zrzucić na Niemców. Jako ciekawostkę warto podać, że w ich oczach głównym oskarżonym miał być niejaki porucznik Ahrens, dowódca drużyny łącznościowej, która zajmowała się ciągnięciem linii komunikacyjnych. Jakim cudem kilka osób miało zastrzelić ponad 15 tysięcy zdrowych mężczyzn, pozostaje tajemnicą sowieckiego oskarżyciela. Ponadto porucznik Ahrens, w czasie kiedy ta zbrodnia niby miałaby być dokonana, znajdował się na urlopie w Rzeszy. Nie mniej, ponieważ sytuacja Rosjan w Norymberdze stawała się co najmniej śmieszna, potrzebne było wstrząsające wydarzenie, które by odwróciło uwagę od idiotycznych sowieckich insynuacji. I rzeczywiście, kiedy wybuchła sprawa Kielc, nikt już Katyniem w Norymberdze się nie zajmował. Ponoć stało się tak też za sprawą delegacji brytyjskiej, która znała prawdę już od paru lat. Dalsze rozgrzebywanie mogiły katyńskiej mogłoby to udowodnić co byłoby szalenie kompromitujące dla rządu Jej Królewskiej Mości.
Po trzecie, komunistom zależało raczej na pozbyciu się Żydów, którzy wtedy przebywali na terenach polskich w dużej liczbie - szacowanej dziś na ponad 200 tysięcy - głównie repatriantów, których Sowieci nie chcieli u siebie. No i ci właśnie Żydzi zajmowali się głównie handlem, rzemiosłem itd. jednym słowem działalnością drobno-kapitalistyczną, tak bardzo znienawidzoną przez Gruzińskiego ober-opryszka, znanego bardziej pod pseudonimem Stalin. Tak więc pogrom ten został też wykorzystany do wywarcia nacisku na populacje żydowską, sugerującą szerzący się antysemityzm i w związku z tym masową ucieczkę z Polski. Prawdą jest, że te ucieczki (nielegalne z punktu widzenia prawa) organizowane były przez sowieckiego generała o nazwisku Czerwiński. Było tak, że przekradający się przez zieloną granicę Żydzi - w Sudetach i Beskidzie Zachodnim - chowali się przed strażą graniczną tak samo jak ci przed nimi. Ponoć generał Czerwiński zgromadził fantastyczny majątek w złocie i dolarach jako, że cena za wypuszczenie była bardzo wysoka.
Jeszcze innym powodem tragedii kieleckiej były skomplikowane rozgrywki na szczycie komunistycznej władzy. Różański, Berman, Zambrowski, Minc czy Fejgin - wszyscy Żydzi w aparacie bezpieczeństwa wiedzieli kto mordował i na czyj rozkaz. Natomiast z pewnością szeregowi członkowie PPR-u i UB a Żydzi z pochodzenia nic o tym nie wiedzieli. Wydarzenia kieleckie miały zaostrzyć ich lojalność wobec komunistycznych władz a zarazem służyć jako ostrzeżenie. Ponadto z pewnością sprzyjało to resentymentom Żydowsko-Polskim co wtedy było bardzo wygodne dla sowieckiego okupanta. Zresztą najlepiej to chyba podsumował płk Anatol Fejgin, były szef X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w rozmowie z reporterem w 1990 roku:
"-Wszystkie chwyty są dozwolone, gdy chce się wygrać. (...) Jeszcze nie czas o tym mówić. Liczyliśmy na błąd naszych przeciwników. (...) Nie mogliśmy jednak dłużej czekać. Potrzebny był jakiś przyspieszacz. Stąd pogromy i inne fortele."
W końcu, jak sadzę, chodziło także o typowe zniesławienie dobrego imienia Polski, która przez II Wojnę Światową przeszła w chwale braku kolaboracji na większą skalę. Nie mówiąc już o tym, że Polacy bili się lepiej niż ktokolwiek inny. W świetle ówczesnej sytuacji politycznej ten czysty wizerunek Polski nie był wygodny dla sowieckiego okupanta. Dlatego też na kilka dni przed mordem Żydów w Kielcach przebywał wysoki rosyjski dygnitarz Michaił A. Dyomin wraz z grupą doradców. Wiadomo też, że miał on stamtąd bezpośredni kontakt ze Stalinem. Tak więc jasnym jest, że wszystkie te nieszczęsne wydarzenia zostały zaplanowane w Moskwie i stamtąd też wyszły bezpośrednie rozkazy mordu. Ciekawostką jest, że ten sam Dyomin był w latach 60-tych radzieckim dyplomatą w .... Izraelu.
Sam proces sądowy był typowy dla owych czasów. Zeznania wymuszali Adam Humer (dziś żyjący na wysokiej rencie w Warszawie) Edmund Kwasek i inni sadyści przy pomocy wbijania nogi od stołka w odbytnicę, wieszania na kilka godzin za ręce skute kajdankami i wykręcone do tyłu, wieszania za nogi i miażdżenie jąder itd. Ot, wzorcowe dochodzenie prawdy w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Nic dziwnego więc, że w świat poszły relacje usłużnych dziennikarzy o pogromie żydowskim, zorganizowanym przez "pachołków andersowskich", "najemników polskiej szlachty", "bandy eneszetowskie", " reakcyjne i klerykalne elementy" a nawet "chuliganów i harcerzy" (sic!). Taki był bowiem język propagandy i nie cofano się przed najbardziej fantastycznymi bzdurami w celu zohydzenia przeciwnika. Przypisywanie im odpowiedzialności za śmierć Żydów miało na celu skompromitowanie przeciwników komunizmu w oczach opinii publicznej całego świata.
W świetle tego, co tu napisałem ( a mam dowody na każde słowo) jakże dziwna jest wypowiedź byłego ministra spraw zagranicznych, niejakiego Dariusza Rosatiego z 1996. Jako przedstawiciel Polski nazwał tamte wydarzenia
"pogromem żydowskim który dokonał się (sam się dokonał?) w chaosie wojny domowej". Dalej Rosati stwierdził, że był to akt "antysemityzmu polskiego" który dokonał się w kraju "w którym naziści budowali obozy zagłady". Pan Rosati nie powiedział tylko, że różnica między nazizmem a komunizmem jest taka jaka pomiędzy walką ras a walką klas. Reszta jest identyczna, włącznie z obozami koncentracyjnymi. Wreszcie Rosati złożył doniesienie na naród polski mówiąc:"wstydzimy się, że ludźmi, którzy popełnili tę zbrodnię byli Polacy, i prosimy o wybaczenie."(sic!) Tu, w przeciwieństwie do odpowiedzialności niemieckiej za zbrodnie II Wojny Światowej (tylko naziści), winni są wszyscy Polacy. Nic dodać nic ująć - Rosati powtarza kłamstwa komunistyczne w rzekomo wolnej Polsce. W moim głębokim przekonaniu powinien odpowiadać za te wierutne łgarstwa przed sądem z paragrafu o zdradzie ojczyzny. No, ale jeżeli pamiętać, że swego czasu Adam Michnik, który z jakiegoś powodu nosi nazwisko matki a nie ojca (Szechter), pisał o mordowaniu Żydów przez powstańców warszawskich a niejaki Salomon Morel, były komendant obozu koncentracyjnego w Jaworznie, przeznaczonego miedzy innymi dla polskich dzieci, do tej pory pobiera wysoką emeryturę z Polski, pomimo iż od kilku lat mieszka na stałe w Izraelu, doniesienia Rosatiego jeszcze nie są aż tak bulwersujące. Nie mniej w świetle stałych, zorganizowanych ataków szkalujących dobre imię Polski już od wielu, wielu lat trzeba dać świadectwo prawdzie. Stąd tyle mam sympatii dla pana Irka Karaskiewicza i tego, co robi za nas wszystkich. Dużo zdrowia, panie Irku, ma pan we mnie oddanego przyjaciela do czego zresztą namawiam też resztę naszej polonijnej rodziny.
Zbigniew Koreywo