Wakacyjne spotkanie – czyli list do przyjaciółki.

Moja droga.

Na początku stycznia wybraliśmy się na wakacje do pewnej ładnej miejscowości niedaleko Perth. Kwaterowaliśmy tam w domku znajomych, położonym na polu kempingowym. Jak zwykle w takich wypadkach dookoła było sporo ludzi; miejscowych i turystów, a wszyscy w letnich, urlopowych nastrojach, tak, że lokalne barbecue nie przestawało dymić, podobnie zresztą jak i miedziany kocioł do gotowania krabów.

Któregoś dnia moja żona mimochodem wspomniała, że co najmniej od dwudziestu lat mieszka na tym polu kempingowym Słowianin i chyba był on pilotem w czasie II Wojny Światowej. Uszy oczywiście od razu postawiły mi się na sztorc i po uzyskaniu dokładniejszych informacji, za dziesięć minut pukałem już do nieco zaniedbanego domku, niedaleko rozlewiska. Przez szklane drzwi zobaczyłem niskiego, starszego mężczyznę, wpół leżącego na ceratowej kanapie, mocno otyłego i z potwornie obrzękniętymi nogami, który już kiwał do mnie ręką, zachęcając do przekroczenia progu.

Starszy mężczyzna okazał się być Słoweńcem i nie był pilotem ale kiedy zaczął opowiadać koleje swego życia, siedziałem jak przymurowany na jego starej kozetce, starając się zapamiętać ile się tylko da.

Sven B. urodził się w 1921 roku w Słowenii a jego ojcem był Szwed zaś matka pochodziła z Węgier. Rodzina była zamożna, mieli duże gospodarstwo, gorzelnię, duże stado bydła tak, że młodemu Svenowi niczego nie brakowało a życie wydawało się piękne jak bajka. I wszystko byłoby cudownie, gdyby nie to, że jakimś zbrodniczym siłom zachciało się wojny. W październiku 1942 roku listonosz przyniósł zawiadomienie, że młody, bo 21 letni Sven, ma stawić się miejscowej jednostce wojskowej w celu odbycia służby wojskowej. Słowenia wtedy była praktycznie połączona z Chorwacją, którą Niemcy hitlerowskie traktowały jako niezależne państwo, czym zaskarbiali sobie wdzięczność i kooperację miejscowej ludności. Dziś oczywiście Ustasze (Hrvatski Oslobodilacki Pokret – organizacja wojskowa, założona w 1929 roku we Włoszech przez Ante Pavelica, walcząca o niepodległość Chorwacji) są traktowani jako faszyści, mordercy itd. a Politycznie Poprawni specjaliści od “jedynie słusznej” historii nie chcą pamiętać o zbrodniach, jakich dopuszczała się na Chorwackiej społeczności Serbia. W trakcie rozmowy ze Svenem B. było też oczywiste, że jest on jak najbardziej świadomy dzisiejszych realiów, choć, jak mówił, jest już na tyle stary, żeby przestać się bać.

Tak czy inaczej, w 1942 roku młody Sven zdawał sobie sprawę z tego, że jeżeli nie stawi się w miejscowym garnizonie określonego dnia, nigdy już nie będzie mógł spać spokojnie bowiem w czasie wojny wyroki za niesubordynację zapadały szparko a wykonywano je jeszcze szybciej.

I tak zaczęły się niezwykłe, wojenne losy młodego mężczyzny ze Słowenii, który do dziś jest przekonany, że przez cały ten czas opiekę nad nim sprawował anioł ale nie jest w stanie powiedzieć, dlaczego akurat nad nim.

Zaczęło się to wszystko od pobytu w Dreźnie, gdzie odbył szkolenie żandarma wojskowego, którą to funkcję zaczął pełnić na froncie wschodnim, w okolicach Smoleńska. Dziś tamten okres kojarzy mu się przede wszystkim z niewiarygodnym mrozem. Mówi, że kiedy siedział na wieży obserwacyjnej pilnując, między innymi, mostu i linii kolejowej, dla rozrywki z kolegami pluli w dół, żeby zobaczyć, że ślina zamarzała po drodze zanim spadła na ziemię. Sven zdradzał też talent do nauki języków obcych, w związku z czym szybko nauczył się języka rosyjskiego i ukraińskiego. Zaczął też coraz częściej służyć jako tłumacz, co sobie chwalił, bo nie był już tak narażony na okrutną, rosyjską zimę. Właśnie kiedy jako tłumacz leciał do dowództwa dywizji, samolot został zestrzelony przez sowieckiego myśliwca. Wyskoczyć z płonącej maszyny zdążył tylko on ale wkrótce zorientował się, że silny wiatr niesie go na rosyjską stronę frontu. W rezultacie spadł w gęstym lesie sosnowym, zaczepiony na gałęzi około 4 – 5 metrów nad ziemią. Przez całą noc, przy silnym mrozie, i połowę następnego dnia huśtał się na drzewie, próbując sięgnąć pnia. Kiedy zaczął tracić przytomność, w desperacji odciął linki spadochronu i runął na skutą lodem ziemię. W rezultacie doznał otwartego złamania lewego podudzia, lewej ręki oraz kilku żeber. Wiedział, że za godzinę, dwie będzie martwy, jeśli nie uzyska pomocy. Zaczął się czołgać po śniegu, czując, jak życie powoli ucieka mu z krwią. Wtedy nagle usłyszał dzwonek, który chłopi ukraińscy zwykli przyczepiać koniowi pod szyję. Resztką sił zaczął wołać coś, czego sam nie rozumiał i za chwilę zobaczył koło siebie młodą kobietę, siedzącą na saniach. Sam nie wie co było potem ale ocknął się w ukraińskiej chacie; ciepło, widno i tylko przeraźliwy ból całego ciała dawał mu znać, że jeszcze jest żywy.

Leczenie złamań i ogólnego potłuczenia trwało kilka miesięcy, podczas których Galjusza, młoda dziewczyna ukraińska, ryzykowała życie każdego dnia dla żołnierza z niemieckiej armii. Tereny te bowiem były już zajęte przez wojska rosyjskie i najmniejsza nieostrożność mogła wystarczyć by oboje zginęli okrutną śmiercią. Opowiadając o Galjuszy, Sven momentami milknął i widziałem, że jeszcze dziś wzruszenie ściska mu gardło. Za chwilę, stękając i sapiąc, podniósł się z ogromnym wysiłkiem z fotela i szurając nogami zniknął w drugim pokoju. Za chwilę był z powrotem, trzymając w ręku kilka starych kart z albumu fotograficznego. Na jednym, czarno białym zdjęciu była ładna dziewczyna, lekko zadarty nosek, szerokie, śmiałe usta i otwarte czoło. “Galjusza” – szeptał Sven a jego czarne, opuchnięte palce z zadziwiającą delikatnością głaskały jej twarz. Zrozumiałem wtedy, że Sven wciąż ją jeszcze kocha.

Pół roku trwało, kiedy w końcu postanowił opuścić gościnny dom ukraińskiej dziewczyny. Myślę, choć Sven nigdy tego nie powiedział wyraźnie, że bał się wtedy bardziej o nią niż o siebie samego. W rezultacie, którejś nocy w lecie pocałował ją po raz ostatni i ruszył na zachód, na niemiecką stronę. Zanim jednak zniknął na zawsze, Galjusza powiedziała mu, że wtedy w zimie, kiedy znalazła go umierającego w śniegu, jak zwykle raz w tygodniu jechała saniami do starej ciotki, mieszkającej w sąsiednie wsi, wioząc jej jedzenie, upraną bieliznę itd. I tylko sama nie wiedziała dlaczego wtedy pojechała przez las bo zwykle udawała się inną, krótszą drogą przez pola. Wówczas Sven po raz pierwszy pomyślał, że coś nad nim czuwa.

Z tą myślą ruszył na zachód i po wielu przygodach udało mu się w końcu przekraść przez linię frontu, ryzykując życie podwójnie. Zameldował się też w najbliższej niemieckiej jednostce wojskowej, skąd odesłano go do jego macierzystej dywizji, gdzie już dawno uznano go za zabitego. Po wstępnym dochodzeniu dostał 21 dni urlopu i mógł pojechać do domu, do Słowenii, żeby powiedzieć rodzinie, że jest zdrów i cały a nie leży zakopany gdzieś w rosyjskiej ziemi.

Urlop przeleciał jak z bicza strzelił a Sven nie palił się do powrotu na front wschodni, gdzie, jak sam opowiadał, sowieccy bojcy, choć wyjąc ze strachu jak wilki to jednak nie przestawali iść naprzód i to niezależnie od własnych strat. Przez trzy miesiące ukrywał się w lasach i górach Słowenii aż któregoś dnia zachciało mu się napić piwa. Dziś, stary człowiek, po 59 latach od tamtych wydarzeń dalej trzęsie głową z niedowierzaniem, jaki był głupi. Patrzył się na mnie załzawionymi oczami i pytał: no powiedz sam, jakim gamoniem trzeba było być, żeby ryzykować życie za kufel piwa. I tak rzeczywiście było. Ktoś go rozpoznał, ktoś zadzwonił na posterunek i jeszcze kufel nie był pusty, kiedy drzwi otworzyły się z trzaskiem i dwóch “smutnych” panów wypatrywało go w zaciągniętej papierosowym dymem karczmie. On też to widział i bez namysłu rzucił w nich butelką, złapaną gdzieś z kontuaru a sam przez tylne wyjście i już fruwał nad wysokim płotem. Tyle tylko, że po wylądowaniu na ziemi poczuł zimną lufę pistoletu nad uchem i usłyszał pytanie, czy chce dostać kulą w łeb tutaj czy pójdzie z nimi dobrowolnie.

Po aresztowaniu, w ciągu dwóch dni znalazł się w Wiedniu, gdzie czekał już na niego sąd wojskowy i oskarżenie o dezercję. Sam proces nie trwał dłużej niż kwadrans kiedy zapadł wyrok: śmierć przez rozstrzelanie. Sven pożegnał się już życiem, bowiem wyroki były wykonywane niemalże natychmiast i w celi słyszał wycie ludzi prowadzonych na podwórze, potem była krótka komenda, salwa i nikt już więcej nie krzyczał. Kiedy zabierali jego sąsiada z celi obok raptem przyszedł rozkaz o wstrzymaniu egzekucji i wcieleniu niedobitków do karnego batalionu 13 “diabelskiej dywizji” na froncie wschodnim. Tak zaczął się okres w życiu Svena, który on sam nazywa piekłem.

Front wschodni w czasie wojny był postrachem każdego żołnierza i oficera armii niemieckiej a co dopiero mówić o karnym batalionie. W ataku zawsze pierwsi a w odwrocie ostatni. Śmierć przestała robić na nich jakiekolwiek wrażenie i nie raz woleli przy posiłku siedzieć na ciepłych jeszcze zwłokach niedawnego kolegi niż na gołej ziemi. Był tylko jeden plus tego piekła, wspomina Sven, a mianowicie to, że zawsze było dużo jedzenia. Rzecz w tym, że rano oficer liczył stan batalionu i wysyłał gońca na tyły do kuchni, z rozkazem dostarczenia racji żywnościowych. Kiedy w końcu dostarczano je na pierwszą linię, stan liczebny batalionu był znacznie szczuplejszy o co już się postarali krasnoarmiejcy. Ale poza tym Sven pamięta tylko niezliczone walki z wiecznie idącymi do przodu Rosjanami. Obsługiwał ręczny karabin maszynowy, którego lufa rozpalała się do czerwoności a bojcy jak szli do przodu tak i szli bez przerwy. Kiedyś w śniegu schował się za małym wzniesieniem terenu i ciął seriami po biegnącej tyralierze czerwonoarmiejców kiedy rozgrzana lufa odsłoniła trupa, za którym się krył. Nie to zresztą było problemem tylko fakt, że ramię, na którym oparł karabin maszynowy odpadło od korpusu, w związku z czym nie miał właściwej elewacji dla broni.

Kiedy dziś Sven przypomina sobie tamte szalone dni, pełne krwi, wycia rannych zarzynanych nożami, nocy jasnych od strzałów armatnich, bezustannego huku wybuchów granatów i pocisków artyleryjskich, kiedy młodzi mężczyźni gołymi rękami rozrywali sobie nawzajem gardła – twarz mu tężeje a oczy raptem strzelają na lewo i prawo, tak jakby znowu widział kogoś biegnącego na niego z wyszczerzonymi zębami, z sinym żądłem bagnetu wysuniętym do przodu.

Wycofywał się ze swoją jednostką przez Czechosłowację i Austrię, ciągle w karnym batalionie. Było tak, że nie zawsze zdążył zapamiętać imię kamrata, kiedy ten już nie żył. Wtedy zresztą nikt nie myślał o grzebaniu zabitych i, jak mówi teraz, po zimie najgorsza była wiosna bowiem trupy rozmarzały i smród był wręcz niesamowity. A mimo to - dziwi się nawet teraz - jakoś nikt nie chorował, nie było tylu zakażeń choć ręce czarne od brudu i krwi a wszy to ich jadły żywcem.

Pod koniec wojny, w kwietniu 1945 roku był już w Austrii, osłaniając wycofującą się dywizję. Pamięta doskonale to wzgórze, na którym leżał ze swoim karabinem maszynowym a w dole Rosjanie na ciężarówkach, zajmujący obszerną wieś. Zaraz też zaczęło się ładowanie wszystkiego co miało jakąkolwiek wartość na samochody, jako, że była to czynność niemalże standartowa w sowieckiej armii– wspomina dziś Sven. Amerykanie rozdawali a Sowieci gwałcili wszystko co miało dwie a czasem cztery nogi i masowo grabili – taka była powierzchowna kwalifikacja aliantów w jego oczach. Tak więc leżał na tym wzniesieniu ponad wsią kiedy dostał rozkaz otwarcia ognia do grabiących kościół czerwonoarmiejców. Pruł seriami wyważonymi, dokładnie i metodycznie, siejąc śmierć tam w dole. Był na tyle dobry w swoim żołnierskim rzemiośle, że żeby go unieszkodliwić, Rosjanie wkrótce ściągnęli pluton moździerzy, który bezzwłocznie rozpoczął zza domów systematyczne ostrzeliwanie wzgórza. Problem był w tym, mówi dziś Sven, że a niemieckiej armii obowiązywał regulamin, by co szósty nabój w taśmie amunicyjnej był świetlny. W ten sposób żołnierz widział dokładnie gdzie strzela. Rzecz tylko w tym, że ostrzeliwani też widzieli, skąd jest prowadzony ogień i w związku z tym dookoła Svena wkrótce zaczęły wybuchać granaty. Przerwał wtedy ogień mając nadzieję, że być może obserwatorzy wroga nie zdążyli go dokładnie wpatrzeć kiedy poczuł z tyłu głowy lufę pistoletu i krótkie warknięcie niemieckiego oficera. Miał do wyboru: albo będzie on strzelał albo oficer strzeli. W odpowiedzi, Sven tylko charknął suchą śliną, zaklął i za chwilę kule z jego broni znowu rwały na strzępy ściany domów i kryjących się za nimi Rosjan. W pewnej chwili poczuł nagle, że coś go ciągnie za prawe ramię. Myślał najpierw, że to może ten oficer i obejrzał się do tyłu ale nikogo tam nie było. Niemniej coś go ciągnęło tak, że prawa ręka już się oderwała od karabinu. Dlatego chwycił go lewą dłonią i zrobił dziesięć, dwanaście kroków w tył kiedy pocisk moździerzowy uderzył dokładnie w to miejsce, gdzie przed chwilą leżał. Podmuch rzucił go w jakieś krzaki a kiedy się podniósł zobaczył, że odłamek granatu otworzył brzuch oficera i węże jelit wyłaziły mu już z trzewi. Kamrat po prawej stronie leżał z oderwaną głową a drugi, z lewej, tarzał się po ziemi, w szerokiej kałuży krwi. Sven nie bardzo pamięta, co było potem ale sam z odłamkiem granatu w głowie, między żebrami i w udzie, szedł na tyły niosąc rannego kolegę. Gdzieś mu dali tabliczkę na szyję, że jest ranny i że może wycofać się do punktu opatrunkowego a on dalej ciągnął nieprzytomnego już kamrata przez jakieś doły, góry, las i potoki. Dwa czy trzy razy tracił nadzieję, że przeżyje i wtedy wyciągał pistolet by dobić kolegę i samemu się zastrzelić tak, by wreszcie ten koszmar się skończył. Uratowała ich krowa. Otóż kiedy miał już pociągnąć za spust pistoletu, usłyszał muczenie krowy. Płacząc z bólu i wyczerpania, ostatkiem sił podczołgał się na wzniesienie, żeby w odległości kilkuset metrów zobaczyć farmę. Tam go nieco obmyli z krwi, napoili mlekiem a co najważniejsze, dali osiołka do transportu ciężko rannego kolegi.

Potem był wir wydarzeń, który w pamięci Svena przewija się jak kolorowa taśma. Pociąg sanitarny z rannymi, ciągłe bombardowania, głód, ropiejąca potwornie rana w głowie. Wreszcie jego transport został ogarnięty przez jakąś amerykańską dywizję, dali jeść i pić, opatrzyli rany. Niemniej zanim się nimi zajęli, rozbierali każdego z górnego odzienia i sprawdzali, czy ma znaki SS wytatuowane pod pachami. Ci ze znakami byli gdzieś zabierani i nikt ich potem już nie widział.

Po kilku latach Sven złożył podanie do australijskiej ambasady z prośbą o zaakceptowanie go jako emigranta. Przypłynął tu na początku lat pięćdziesiątych, rozejrzał się, zabrał do roboty a kiedy stanął już na nogi, sprowadził kamrata z karnego batalionu, tego, któremu uratował życie w Austrii. I do dziś jest głęboko przekonany, że bez interwencji niebios, jego kości dawno by już spróchniały na Ukrainie, w Austrii czy w tysiącu innych miejsc, gdzie śmierć obficie zbierała żniwo ale on przeżył.

Zapadał już letni, ciepły zmierzch kiedy Sven zamilkł, zmęczony kilkugodzinnymi wspomnieniami. Ja też się podniosłem, żeby wrócić do domu i na pożegnanie uścisnęliśmy sobie dłonie. Odsuwałem już szklane drzwi, kiedy Sven coś cicho powiedział. Odwróciłem się, żeby zobaczyć w półmroku jego jakoś wygładzoną, dziwnie spokojną twarz i usłyszeć powtarzane słowa: czy wiesz, że żołnierze nie idą do piekła? Przecież zabijają tylko dlatego żeby nie zostać zabitym. Dlatego nigdy nie idą do piekła po śmierci.

Zbyszek Koreywo

Wróć do spisu treści