Wolne myśli nr 1.

 

Obserwując rozdygotaną nerwami dyskusję wobec Jedwabnego a właściwie polski monolog, wytaczający na szańce prawdy coraz to nowe działa, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że świat, podobnie jak pan J.T. Gross, prawdą jest akurat najmniej zainteresowany.

Stąd p. D. Armstrong, naczelny “The Australian”, ani myśli wydrukować listu otwartego p. Mariana Kałuskiego, szefa “The Polish Anti-Defamation Leaque”, wyjaśniającego pokrótce skomplikowane dzieje stosunków Polsko – Żydowskich oraz prawdę o tym, co stało się w Jedwabnem 10 lipca 1941 roku. Z drugiej strony, pismo to nie omieszkało opublikować paszkwil na Polskę pióra niejakiego J. Andersa, który w obszernym artykule streszcza rzekomo historyczne “dzieło” Grossa. Ja osobiście od dawna już nie czytuję “The Australian”, tak jak nie brałem do ręki “Trybuny Ludu”, “Żołnierza Wolności” i paru innych prasowych śmieci, bo nie chcę się niepotrzebnie denerwować. Wszelako rozumiem, że trzeba stawać w obronie prawdy nie tylko w imieniu Najjaśniejszej ale także zwykłego zdrowego rozsądku czyli normalności. Niemniej jednak osobiście zalecałbym spokojniejsze podejście do sprawy, bowiem piewców kłamstw i handlarzy trupim jadem należy mieć w d…e tudzież głębokiej pogardzie. Oczywiście, że jesteśmy atakowani przez grono ziejących nienawiścią Żydów ale, po pierwsze, głównie chyba chodzi tylko o pieniądze, a po drugie, jest to tylko niewielka grupa ludzi, choć niesłychanie, że tak powiem, ustosunkowana (albo wystosunkowana). Niemniej prawda jest jedna i nie może jej zmienić nawet największy wrzask, choćby ubrany w chałat i z jarmułką na ciemieniu.

Natomiast cała ta anty-Polska afera kojarzy mi się z następującą historyjką:

Otóż dawno temu, do drzwi państwa Sarmatów w jednej z dzielnic miasta Świat, zapukała rodzina Izraelów. Pogoda tej nocy była okropna, lał deszcz zmieszany ze śniegiem, wiał przenikliwie zimny wiatr i gdzieś w oddali grzmiały pioruny a na progu stała przemoknięta i zziębnięta gromadka odziana w chałaty, błagając o gościnę. W tej sytuacji, państwo Sarmatowie, powodowani ludzkim odruchem pomocy bliźniemu, otworzyli na oścież drzwi swego domu. I nie zapytali przybyszów ani samych siebie dlaczego znaleźli się oni w środku zimnej nocy na ulicy, dlaczego inni właściciele domu ich wyrzucili. A dla państwa Izraelów, jasny, ciepły i w miarę zasobny dom państwa Sarmatów musiał wydać się istnym rajem, czemu zresztą kilkakrotnie dawali wyraz.

Mijał czas i pokój gościnny zaludniał się coraz bardziej, w związku z czym nowi przybysze zaczęli korzystać z innych pomieszczeń domu. Oczywiście, stwarzało to pewne problemy ale nie na tyle, by mogło dojść do otwartego konfliktu. Niemniej był jeden problem, który niepokoił państwa Sarmatów. Otóż goście nie mówili tym samym językiem co oni a w dodatku nie wykazywali większej ochoty na to, by przystosować się do ich zwyczajów i tradycji, nie mówiąc już o nauczeniu się mowy. Mieli też swój własny system wartości etycznych, niesłychanie scentralizowany na nich samych, plemienny, gdzie liczyła się tylko ich własna korzyść, nawet kosztem gościnnych gospodarzy. Stwarzało to coraz większe trudności wewnątrz domu, które urosły jeszcze bardziej po tym, kiedy w nieporozumieniu z sąsiadami, państwo Izrael stanęli po ich stronie a przeciwko swym dobroczyńcom. W związku z pogłębiającymi się problemami, jedno z dzieci państwa Sarmatów zaczęło jawnie krytykować byłych gości, którzy teraz już na dobre zadomowili się pod gościnnym dachem i uważali go za swój. W odpowiedzi państwo Izrael oskarżyli rodzinę Sarmatów o antysemityzm, żaląc się głośno wszem i wobec w mieście Świat. Jako powód prześladowań ze strony współlokatorów podawali tylko i wyłącznie używanie czosnku do potraw, co przecież dla każdego normalnego człowieka w całym mieście mogło znaczyć tylko jedno: Sarmaci muszą być nieokrzesanymi gburami, nietolerancyjni i niegościnni.

Zdarzyło się też, że przyszły złe czasy i państwo Sarmaci stracili dom, który został zajęty przez sąsiadów. Znaczna część rodziny Izraelów z ulgą powitała zmianę, bowiem sami już uwierzyli w brednie o rzekomym antysemityzmie byłych wybawicieli, które tak często powtarzali w mieście. Nie od rzeczy będzie też przypomnienie, że poprzednio u jednego z sąsiadów czerpali obfity zysk poprzez szeroko rozwinięte interesy a drugim wręcz zarządzali i to pomimo szeroko stosowanych tam pogromów.

Nowe czasy okazały się jednak tragiczne dla rodziny Izraelów, bowiem okupanci budynku najpierw wepchnęli ich do jednego z pomieszczeń a później zamordowali. Ocaleli tylko ci, którzy zdołali zbiec do innych domów lub zostali ukryci przez członków rodziny Sarmatów. Po jakimś czasie, sąsiedzi z prawej strony wyrzucili okupanta z domu, sami stając się nowym zaborcą. Wraz z nimi przyszły resztki rodziny Izraelów, wysługując się nowemu właścicielowi i pomagając mu w ujarzmieniu pozostałych przy życiu Sarmatów.

W międzyczasie rodzina Izraelów na dobre zagospodarowała się w mieście Świat, nie pamiętając już o bezinteresownej pomocy Sarmatów, którzy kiedyś uratowali ich od niechybnej zagłady. Mało tego, ci byli dobroczyńcy stali się wkrótce obiektem ich szczególnie zjadliwych ataków. Już nie oskarżano właściwych sprawców masakry lecz tylko państwo S., którzy cierpieli bardziej niż kto inny pod butem podwójnego okupanta. A kiedy Sarmaci nadludzkim wysiłkiem odbudowali rodzinny dom, jako tako łatając ściany i drzwi, dalej pod batem wschodniego sąsiada, wtedy ród Izraelów zażądał od nich odszkodowania za rzekomo wyrządzone krzywdy. Państwo S. cierpieli w milczeniu, bowiem miasto Świat nie było szczególnie zainteresowane ich losem, zresztą tak samo jak fatum innych nieszczęśników, których nigdzie nie brak.

I jest jeszcze morał tej historyjki: jeżeli kiedyś do Waszych drzwi zapuka ktoś w środku zimnej nocy, zapytajcie najpierw skąd przychodzą i dlaczego ich wyrzucono z innego domu. Litość bowiem jest odruchem szlachetnym ale niedobrze, kiedy góruje nad rozumem.

*

 

O tym, że światowe media są dziś wybitnie “lewoskrętne”, wiedzą wszyscy, choć tylko niektórzy mają odwagę mówić o tym głośno. Dodatkowego dowodu na lewicowość publikatorów (co samo w sobie jest już tematem do obszernych rozważań) dostarczyła mi ostatnio krótka informacja o wojnie na Malajach. Czytając ją pomyślałem sobie, że zapewne większość czytelników Tygodnika, podobnie jak ja, nie zna szczegółów tamtych zmagań, choć były one niesłychanie istotne dla historii półwyspu singapurskiego. I jak to zwykle ze mną bywa, zacząłem się zastanawiać, dlaczego tak się dzieje, że, na przykład, historię wojny w Wietnamie zna każde dziecko, wojnę w Korei już nie wszyscy ale o tej na Malajach to już w szkołach nie uczą.

Wbrew pozorom, odpowiedź na to pytanie jest dziecinnie prosta. Otóż Imperium Zła, i nie mam tu na myśli Rosję ale ideę, wojnę w Wietnamie wygrało, w Korei zremisowało ale za to na Malajach dostało takie baty, że aż miło.

Wojna w Wietnamie przypominała walkę Goliata z Dawidem z tą różnicą, że choć na polu bitwy ten pierwszy solidnie przetrzepał kurduplowi skórę, to rozstrzygnięcie potyczki dokonało się jednak 17 500 km dalej, a dokładniej w Ameryce. Tak się bowiem stało, że Dawid miał tam licznych krewniaków i sympatyków, z których część była właścicielami prasy, radia, telewizji oraz Hollywood czyli kinematografu, jak mawiał mój dziadek, świeć Panie nad Jego duszą. W tej sytuacji Goliat, który całkowicie polegał na swym amerykańskim rodzie, od początku pierwszej rundy z mikrusem nie miał, tak naprawdę, większych szans. Cała walka bowiem polegała na tym, że kurdupel uciekał przed wymianą ciosów, co najwyżej podgryzając od czasu do czasu łydki przeciwnika, byle tylko, broń Boże, nie dopuścić do zwarcia. Mam też wrażenie, że w narożniku Goliata siedzieli krewniacy jego przeciwnika, którzy nie tylko dawali mu do picia wodę przyprawioną LSD i marihuaną ale także informowali obóz rywala o planie walki. W dodatku pociotki kurdupla wraz z pożytecznymi idiotami rozpętali wśród publiki istną histerię nienawiści przeciwko Goliatowi. Oskarżano go o dzieciobójstwo, sadyzm, pospolity bandytyzm i łupienie wdów z ostatniego grosza jak i gwałcenie nieletnich dziewcząt. A co najważniejsze, o to, że Goliat jest duży i bogaty a Dawid mały i biedny. Natomiast czego nie mówiono, to tego, że nawet kurdupel z karabinem maszynowym typu Kałasznikow jest w stanie sterroryzować kilku Herkulesów. Jak i tego, że Goliat wdał się w wojnę właśnie w obronie bezbronnych, którzy każdy dzień w obozie koncentracyjnym zaczynali od widoku lufy Kałacha.

W tej sytuacji Goliat musiał walczyć sam, bez zaplecza, zdradzany, przeciwko całej sali, oszołomiony i zdezorientowany. A i tak wyglądało na to, że dopadnie przeciwnika i serią podwójnych prostych, popartych potężnymi sierpowymi z obu rąk zmiecie w końcu z ringu. Dalecy kuzyni w Ameryce też to wiedzieli i nie czekając na katastrofę, przerwali walkę w połowie kolejnej rundy, ogłaszając zwycięstwo na wpół ogłuszonego mikrusa. I stąd, drodzy państwo, nasza znajomość współczesnej historii Wietnamu bowiem tak to już jest na tym dzisiejszym świecie, że złe dla nas wiadomości rozchodzą się szybko i daleko.

Trochę inaczej już miały się sprawy z konfliktem w Korei, gdzie po początkowych sukcesach wolnego świata, do walki po stronie Imperium Zła włączyły się Chiny. Szala zwycięstwa przechylała się kilkakrotnie na obie strony, by w końcu zawisnąć gdzieś w połowie drogi. W związku z tym, pociotki komunizmu plus pożyteczni idioci nie za bardzo mieli czym się chwalić, choć i powodów do narzekań też nie było za grubo. I dlatego ten epizod zmagań dobra z hultajstwem jest na ogół znany, choć nie specjalnie nagłaśniany.

Co innego natomiast z wojną na Malajach. Ta zaczęła się 16 czerwca 1948 roku i trwała przez następne 12 lat. Była wyjątkowo krwawa i okrutna, w większości prowadzona w wiecznie mokrej dżungli, gdzie wszystko pleśnieje w ciągu kilkunastu godzin.

Komunisci malajscy, w większości potomkowie Chińczyków, broń dostali najpierw od Brytyjczyków, jako, że chodziło o walkę z japońskim okupantem. Po zakończeniu działań wojennych zachowali struktury konspiracyjne i przy wydatnym udziale Chin Ludowych, które właśnie kończyły dobijanie resztek Kuomintangu, zapragnęli zagarnąć władzę na Malajach. Anglicy w odpowiedzi mianowali dowódcą połączonych sił malajsko-brytyjskich gen. Geralda Templera. Był to szczególnie trafny wybór, co warto odnotować, jako, że w tamtym czasie agenci sowieccy dokładnie spenetrowali rządy krajów tzw. zachodniej demokracji.

Był też w tamtej, zwycięskiej dla nas wojnie, element polski, jako, że jednym z doborowych oddzialów brytyjskich dowodził pułkownik Przemysław Szudek. Zasłużył on sobie na szczególnie słowa uznania bowiem jego oddział nigdy nie wpadł w pułapkę i zawsze wychodził zwycięsko z niezliczonych bitew i potyczek. Jak on sam opowiadał, na czele jego batalionu z reguły szedł Dajak, tropiciel doskonały, dla którego dżungla nie miała tajemnic. Nagi, ale zawsze z nożem i karabinem w ręku, przepasany taśmą amunisyjną, szedł w szpicy, wypatrując śladów zasadzki, złamanej gałązki, obserwując zachowanie ptaków a nawet węsząc powietrze. W rezultacie, Gurkhowie pułkownika Szudka byli w stanie wytropić przeciwnika, zanim ci zorientowali się, skąd przychodzi do nich śmierć.

W wyniku tych krwawych zmagań narodziło się wolne państwo Malezja, które uniknęło tragedii komunizmu, tak jak stało się to niestety w Wietnamie, Laosie, Kambodży, Korei. Dlatego dziś jest to kraj w dalszym ciągu dynamicznie rozwijający się, z jedną z najsilniejszych gospodarek Azji. Stało się tak, ponieważ Imperium Zła zostało tam wymiecione do czysta, w czym miał udział także jeden z naszych rodaków.

Zbyszek Koreywo

Wróć do spisu treści